Pamiętnik Ewy”- taka przesyłka dotarła do Rodziny w latach 80-tych. „Oddać do rąk Janiny D”. Pomimo starań, nigdy nie udało się dotrzeć do adresatki. Pamiętnik budził emocje. Wspomina się tam miejsca i ludzi dobrze Rodzinie znane, gdyż Ewa okazała się odległą w czasie i przestrzeni kuzynką, mieszkającą gdzieś na Antypodach, z którą Rodzina straciła po wojnie kontakt. Pamiętnik przeleżał w szufladzie 30 lat. Nadszedł czas, aby podzielić się nim z Wami. Są to prywatne notatki, nigdy nie szykowane do publikacji, dlatego emocje w nich zawarte, często naiwne i patetyczne, są prawdziwe, a nie obliczone na efekt wstrząśnięcia czytelnikiem.

Zapraszam Was na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Naszym przewodnikiem będzie Ewa Wojakowska-dziewczyna, która prowadziła przed wojną normalne, beztroskie życie, zanim jej świat się rozpadł.

Przepisując Pamiętnik nie ingeruję w składnię zdań, ani w archaiczną pisownię wyrazów. Poprawiam jedynie literówki, interpunkcję, kolejność słów tam, gdzie zaznaczyła to autorka. Ilustracje pochodzą z zasobów internetu, lub z archiwów własnych. Wprowadziłam je jako dekorację, nie stanowią one elementu pierwotnego pamiętnika. Konwencja bloga wymaga nadawania tytułów postom. Również owe tytuły nie są częścią pamiętnika.

Informacja dla nowych czytelników:

Po prawej stronie znajduje się link do początku historii Ewy.

Przed skopiowaniem fragmentów pamiętnika na inne portale, prosimy o zwrócenie się o zgodę!

sobota, 26 marca 2011

"Niemcy uderzyły na Rosję"

Zawiadowca artelu, „towariszcz” Amirow, popadł w niełaskę. Zaaresztowała go Milicja i osadziła w areszcie pod zarzutem popełnienia nadużyć. Rosjanie mają sensację, a nas- Polaków- to ani ziębi, ani parzy. Po kilku dniach Amirowa zwolniono z aresztu, będzie odpowiadał przed sądem z wolnej stopy. Dzisiaj Amirow przybył do pracy w artelu, pracuje łopatą, jak każdy inny.
Komitet artelu wybrał nowego zawiadowcę, spoza Urdżaru. Nowy zawiadowca zwołał miting po pracy do stołówki.
Czekamy w stołówce na zagajenie zebrania, ale nowy zawiadowca artelu odbywa naradę z komitetem w kancelarii. Długo nie przychodzą, ale nam nie wolno objawiać niezadowolenia, bo to poczytanoby za objaw kontrrewolucji. Po długim wyczekiwaniu, z kancelarii artelu wypełzło kilku robotników, stanowili komitet, a za nimi podążał wysoki brunet.
Nastała cisza. Brunet polecił nam podejść bliżej, po czym zagaił miting słowami:
-Jestem Ukrainiec z Kijowa, nazwisko moje Kozin.
Potem długo opowiadał, co on zdziała dla dobra Z.S.R.R. i partii Lenina i Stalina, a co drugie słowo padało: „Stalin lub „płan”. Kozin klepał partyjne slogany, jakby co tylko zdjęte z murów budynków państwowych. Ani jedno słowo nie padło o potrzebach robotnika, o warunkach pracy, o płacy i o tym, co ten robotnik ma jeść i co wdziać.
Jako drugi przemawiał członek komitetu, zarzucił Amirowi złą gospodarkę, mianowicie: „ziemniaki kazał Amirow kopać Polakom, ludziom, którzy z rodu tego nie robili, toteż ziemniaki były tak wykopane, że cały Urdżar jeździł z wózkami na pola artelu i zbierał niewykopane ziemniaki”.
Dopiero na zebraniu tym doszły nas przewinienia Amirowa. Rosjanie, a szczególnie my- Polacy- byliśmy radzi, gdy po trzech godzinach ględzenia, mogliśmy pójść do domu.

Przed pierwszym majem wyszło zarządzenie, abyśmy wszystkie uczęszczały na lekcje śpiewu.
30 kwietnia Kozin zapowiedział, aby jutro, w dniu święta 1 maja, wszyscy przybyli odświętnie odziani i wzięli udział w pochodzie. Kto nie przybędzie, poczytam to za spóźnienie do pracy.
Niektórym Polkom dali czerwone chusteczki na głowę, jako nagrodę, za dobrą pracę. Mnie „szczęście” to ominęło.

1 maja Polki nie włożyły na głowę tych czerwonych chusteczek, tylko podwiązały nimi szyje.
Przed wyruszeniem pochodu, sprawdzono obecnych. Nikogo nie brakowało. Był to wynik „jednomyślności ludu sowieckiego”.
W pierwszych dniach maja zmieniłyśmy mieszkanie. Wynajęłyśmy izbę w chałupie, opodal rzeczułki. Lila nie poszła z nami.
Nowe mieszkanie swobodniejsze, bo gospodarz wyjechał z rodziną na kołchoz. Mieszkamy same w całej chałupie. Za mieszkanie, to znaczy za jedna izbę, płacimy 80 rubli miesięcznie. Do studni mamy blisko- kilometr.
W połowie maja mężczyzn- Polaków- wysłano w góry do kopania wapna, a większość Polek do kopania torfu. Mnie zatrzymano przy pracy w polu.
Lonkę Zatruską gnębi dziwne przeczucie. Przed wyjazdem do kopania torfu powiedziała:
-Ja kopania torfu nie wytrzymam, to będzie moja śmierć.
Po miesiącu ciężkiej pracy, powróciła Lonka do Urdżaru na noszach szpitalnych i zmarła. Zmarła też podczas pracy Wiśniewska. Pękła jej żółć. Po śmierci zupełnie zczerniała.
Odwozimy ciało Wiśniewskiej na cmentarz, w tym spostrzegłyśmy biegnące siostry. Dopadły nas, wskoczyły na koła arby i odsuwają wieko trumny. Pytamy o przyczynę, a one zdenerwowanym głosem mówią:
-Zmarła jest owinięta w prześcieradło szpitalne, które musimy zabrać.
Kilku zaofiarowało swoje prześcieradła, ale sowieckie siostry nie chciały o tym słyszeć, bo prześcieradło zostało oznaczone numerem inwentarza.
-Za brak, czy zamianę, jednakowo czeka tiurma- wyjaśniły siostry.

Nas, wygnańców, ogarnęła mania urządzania seansów spirytystycznych, wróżenia z kart, z rąk, za pośrednictwem astrologii, z daty urodzenia i imienia, a w szczególności, tłumaczenia snów.
Najsłynniejszą kabalarka jest Pitułkowa. Wróży z kart tylko w piątki i to jednej osobie. O wróżbach Pitułkowej mówiono z szacunkiem, a żądne wróżb, tygodniami czekają na przyjęcie.
Po kilku miesiącach przyszła moja kolejka. Urdżarska „Pitia” przepowiedziała mi:
-Widzę przy tobie dzieci, czeka cię rozwód.
Zimny pot wystąpił mi na czole, z miejsca odparowałam:
-Ja nie mam dzieci.
„Pitia” nie dała za wygraną.
-Brak dzieci będzie przyczyną rozwodu.

Pod koniec maja, w połowie sezonu prac rolnych, wielu Rosjan powołano na ćwiczenia wojskowe do Władywostoku.
Nadal pracuję na roli. Podczas godzinnej przerwy obiadowej zjadłam zimną zupę, którą rano zabrałam z domu, do tego kilka surowych marchewek, zerwanych w polu.

W pierwszą niedzielę czerwca, pod krwawy zachód słońca, zaszłam w step w kierunku gór. Uklękłam pod krzewem rozkwitłego karagaju, z torebki wyjęłam książeczkę do nabożeństwa i zaniosłam gorące modły do Wszechmocnego Pana Nieba i Ziemi, by wyrwał nas, Polaków, ze szponów czerwonej Rosji. Po modłach odbyłam spowiedź duchową, słońce wysłuchiwało me grzechy, a żałosny wicher stepowy wybaczał mi winy.

W pierwszych dniach czerwca wielu Rosjan i Kazachów powołano na ćwiczenia wojskowe do Władywostoku.
Słońce praży niemiłosiernie, dręczy mnie szalone pragnienie. Im więcej piję, tym większe mam pragnienie.
W Urdżarze każdy dzień jest identyczny, jedynie warunki atmosferyczne wnoszą drobne odchylenia. Wiadomości polityczne do nas nie przesiąkają. Wojna na zachodzie ugrzęzła, widocznie żadna ze stron nie posada siły na kontrakcję.

22 czerwca. Wieczorem, jak zwykle, powróciłam po pracy do domu. Ledwo otworzyłam drzwi, mama, uradowanym głosem, powiedziała:
-Niemcy uderzyły na Rosję.
Padłyśmy sobie z radości w objęcia, bo w tej wojnie widziałyśmy nasze wybawienie.
Przyczesałam włosy, ochlapałam wodą twarz, na stojąco zjadłam zupę i poszłyśmy na miasto, do znajomych.
Na ulicach Urdżaru rozbrzmiewają głośniki radiowe. Bez przerwy mówi Moskwa o solidarności narodu sowieckiego i pokonaniu faszystów, o uchwałach związków robotniczych i o bohaterstwie niezwyciężonej czerwonej armii.
Ludność masowo wyległa na ulice. Twarze Rosjan zakłopotane, dygnitarzy wręcz zastraszone, na twarzach Polaków igra radość i przedsmak wolności. Wpadamy do Kolhepowej, zastałyśmy tam liczne grono Polaków. Wszyscy politykują.
Tubylcy mężczyźni, oblegają „bazę wojenną”. Nocą wywieziono ich ciężarówkami do Ajaguzu. Do północy siedziałyśmy u Kolhepowej, żądne wieści, ale komunikaty z frontu mówiły jedynie o zażartych bojach.
Urdżar rozbrzmiewa antyfaszystowską propagandą, o zdradzeckim napadzie i że wróg zostanie pobity.

Nazajutrz rano, Urdżar wstrząśnięty faktem zbeszczeszczenia pomnika Lenina i Stalina, niesamowitą ilością nieczystości kloacznych. Przez pół dnia zmywano pomnik, a głowy sprofanowanych pobielono na nowo wapnem. Mimo to, przebijały ciemne plamy. Tubylcy na temat ten głosu nie zabierają i nie pragną o tym nawet słyszeć.
Komunikaty z frontów skąpe, trudno z nich coś wywnioskować. Mówią jedynie o krwawych bojach.

Hłodzikówna Wanda zatrudniona jest jako siostra sanitarna w ambulatorium przechodnim, gdzie udzielano bezpłatnej porady lekarskiej. Od dwóch dni biega po znajomych, pyta o termometr do mierzenia gorączki. Kilka dni temu wsadziła termometr Kazacze pod pachę, dla zmierzenia gorączki i Kazaczka niespostrzeżenie opuściła przychodnię, po prostu ukradła termometr. W sklepie rządowym termometrów nie sprzedają, a na wypadek kontroli, zostanie obwinioną o kradzież.
Kilka dni później spotkałam uradowaną Wandę. Kazaczka zwróciła termometr, oświadczyła:
-Dziękuję. Trzymałam aparat kilka dni pod pachą i obecnie jest mi zupełnie dobrze.

24 czerwca. Zaprowadzono 9-cio godzinny dzień pracy. Mężczyźni dalej odchodzą do wojska, a ich pracę składają na barki kobiet. Kilka dni później dotarły do Urdżaru wieści, że armia sowiecka w odwrocie.
Zostałam wyznaczona do prac przy sianokosach. Praca ta przeraża mnie. Trzeba wyjechać na dłuższy czas w góry.
Poszłam do lekarki sowieckiej, przedstawiłam moje blizny pooperacyjne. Zbadała mnie i wypisała świadectwo, że jestem niezdolną do ciężkiej pracy.
Świadectwo lekarskie przedstawiłam w kancelarii artelu, skierowali mnie do Milicji, jako instytucji kompetentnej do zwonienia od cieżkiej pracy.
Poszłam do Milicji, do naczelnika. Przeczytał świadectwo, powiedział:
-Ja miałem taką samą operację.
-Wyście nie mogli mieć takiej samej operacji, bo nie jesteście kobietą- zaprotestowałam.
-Z tym można pojechać na sianożęcie. Ja was od pracy tej nie zwolnię- orzekł naczelnik Milicji.
W tydzień po wybuchu wojny, dzień roboczy wzrósł do 10-ciu godzin dziennie.

6 komentarzy:

  1. Znaleziony w internecie pomnik Lenina, hm... "udekorowałam" sama :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm, ten Lenin wygląda jakby go ktoś kawą oblał ;)


    Dziwne, ale śniło mi się, że wywożą mnie na jakieś zesłanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wojtek- :-DDD
    No, powiedzmy, że oblał :-) Widać, jak wielka jest siła podświadomości, coś dziś mi ta kawa po głowie chodzi. Nie żebym chciała spróbować, ale temat widać mnie wciąż intryguje... :-)))

    Może jakaś podróż do prac polowych Cię czeka. W kontekście pamiętnika, nie brzmi to zachęcająco.

    OdpowiedzUsuń
  4. Riannon, czytam pamietnik Ewy przepisywany przez Ciebie skrupulatnie z wielka uwaga i zainteresowaniem. Czasami jest mi trudno cokolwiek napisac. Brak slow!
    Jestem i czytam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytam i ja, od początku, na moich rodzinnych terenach przebiegała granica Niemiec z Rosją, niektóre wsie zostały zupełnie wysiedlone i zrównane z ziemią, były budowane po stronie sowieckiej pasy bunkrów, żelbetowe, tony betonu, a archeologowie czy geologowie, którzy penetrowali je, orzekli, że skała dosypywana w postaci kruszcu do zaprawy pochodzi z Uralu, nigdzie tutaj pobliżu
    nie ma takiej. Ale nie spełniły swojej roli, Niemcy przeszli przez nie jak burza.

    OdpowiedzUsuń
  6. Patrzcie, jaki chichot historii. Zesłańcy wypatrywali swojego wybawienia w inwazji Niemców na Rosję Sowiecką.

    OdpowiedzUsuń