Pamiętnik Ewy”- taka przesyłka dotarła do Rodziny w latach 80-tych. „Oddać do rąk Janiny D”. Pomimo starań, nigdy nie udało się dotrzeć do adresatki. Pamiętnik budził emocje. Wspomina się tam miejsca i ludzi dobrze Rodzinie znane, gdyż Ewa okazała się odległą w czasie i przestrzeni kuzynką, mieszkającą gdzieś na Antypodach, z którą Rodzina straciła po wojnie kontakt. Pamiętnik przeleżał w szufladzie 30 lat. Nadszedł czas, aby podzielić się nim z Wami. Są to prywatne notatki, nigdy nie szykowane do publikacji, dlatego emocje w nich zawarte, często naiwne i patetyczne, są prawdziwe, a nie obliczone na efekt wstrząśnięcia czytelnikiem.

Zapraszam Was na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Naszym przewodnikiem będzie Ewa Wojakowska-dziewczyna, która prowadziła przed wojną normalne, beztroskie życie, zanim jej świat się rozpadł.

Przepisując Pamiętnik nie ingeruję w składnię zdań, ani w archaiczną pisownię wyrazów. Poprawiam jedynie literówki, interpunkcję, kolejność słów tam, gdzie zaznaczyła to autorka. Ilustracje pochodzą z zasobów internetu, lub z archiwów własnych. Wprowadziłam je jako dekorację, nie stanowią one elementu pierwotnego pamiętnika. Konwencja bloga wymaga nadawania tytułów postom. Również owe tytuły nie są częścią pamiętnika.

Informacja dla nowych czytelników:

Po prawej stronie znajduje się link do początku historii Ewy.

Przed skopiowaniem fragmentów pamiętnika na inne portale, prosimy o zwrócenie się o zgodę!

wtorek, 28 grudnia 2010

Podróż „Batorym”.

Zima 1937. Moja stryjeczna siostra, Marysia z Łyczany pod Sączem, wychodzi za mąż.
Na ślub zaproszono dwie najstarsze z rodu siostry wraz z mężami, to jest ciocię Stanisławę i moją mamę.
Ślub przygotowano z precyzją, dbano, aby wszystko wypadło a la bonne heure. Ma zjechać beau monde. Ciocia Helena z każdą z pań uzgadnia toaletę, aby nie miały miejsca dwie jednakowe suknie.
Na krótko przed ślubem zachorowali mężowie zaproszonych. Zaistniał kłopot, jak ich zastąpić? Miejsca powinny być coute que wypełnione. A la longe toczono narady, jakby tu wybrnąć z sytuacji? Ciocia Helena zaproponowała Mietka, jako że ma dobrą prezentację i mógłby wystą pić w mundurze.
Mietek wykazał desinteressement. Cedząc słowa powiedział:
-Nie jestem lokajem, aby uświetniać swą osobą czyjeś salony.
Mama pojechała sama, a ciocia z synem Adamem.

Z Mietkiem wpadliśmy w śmiech, gdy ujrzeliśmy mamę i ciocię Stanisławę po tym ślubie. Były wciąż przejęte ślubem, opływały w ruchach i manierach, jakie obowiązywały na ślubie, a co drugie słowo wypowiadały po francusku.
Mama szeroko opowiadała, że towarzystwo pur sang. Damy stanowiły rewię mód. Sans compliment wspaniale wypadli krakusi z pochodniami.
-Tylko pochodnie pogasły- wtrącił Adam
-Panowała niespotykana gołoledź, więc pojechaliśmy do ślubu saniami, bo samochody nie mogły wyciągnąć pod górę. Comtessę trzeba było przenieść w obawie, by nie upadła. Dodać należy, że jest zażywnej tuszy.- mówiła mama.
-Chyba ten wół ważył ze dwadzieścia kilogramów.
Mama zmarszczyła brwi i dalej nie opowiadała.
Dla mamy było to całe misterium, my młode pokolenie, traktowaliśmy tego rodzaju przesadę, jako przeżytek.

Wczesną wiosną jesteśmy samochodem we Lwowie. Siedzę przy Mietku i robię uwagi, w którą stronę wykierować lub ominąć auto jadące przed nami. Uwagi moje poniosły Mietka, nie słuchał ich. Przeciwnie, brawurował udowadniając mi niesłuszność.
-Mietku, nie wymijaj tramwaju- mówię.
Mietek poczerwieniał, poniosły go nerwy, dodał gazu i począł wymijać tramwaj. Tymczasem znad przeciwka nadjechał drugi tramwaj, żadna brawura nie pomogła. Mietek usiłował wjechać na chodnik, ale nie zdążył. Z całym impetem wpadliśmy na tramwaj. Z błotników powykręcał on serpentyny, a z tramwaju zdarł się czerwony lakier.
Byłam blada, jak płótno, w przeciwieństwie do Mietka, czerwonego, jak piwonia.
Wylegitymowano nas. Po ochłonięciu z wrażenia, Mietek uruchomił samochód i zajechaliśmy do zakładu remontowego. Za remont zapłaciliśmy 200 złotych i osobno za polakierowanie tramwaju.

Od wiosny Mietek nakłania mnie, byśmy poszli do biura podróżniczego linii Gdynia –Ameryka i przejrzeli prospekty tegorocznych wycieczek zagranicznych. Mietek proponuje 10-cio dniową wycieczkę do krajów skandynawskich. Zamierzał zarezerwować miejsca, ale widząc moją niechęć, zaniechał rezerwacji.
Idziemy ulicami Lwowa, spotkaliśmy Romka, brata Mietka. Mietek wtajemniczył go w swój projekt i moją niechęć. Na to Romek powiedział:
-Na „Batorym” popłynąłbym nawet pod kominem.
To zaważyło. Zaszliśmy do biura podróżniczego i dopełnili formalności.
Od lipca przebywamy w Gdyni i na Helu. Zażywamy kąpieli słonecznych i morskich oraz całymi dniami plażujemy nad wybrzeżem morza.

W połowie sierpnia wyruszyliśmy w podróż morską „Batorym”. Po trzeciej syrenie podniesiono kotowicę. Orkiestra marynarki żegnała nas marszem, a holowniki odciągnęły „Batorego” na pełne morze. Poszła w ruch śruba i płyniemy w beztroską podróż.
Nazajutrz mijaliśmy liczne wysepki, na niektórych stał dosłownie jeden dom, a u wybrzeży widzieliśmy rozkołysane łódki.
Pogoda dopisuje, wieje miły, chłodny wiatr. Ze wschodem słońca wpłynęliśmy do stolicy Szwecji, portu Sztokholm. „Batorego” zakotowiczono w basenie, z widokiem na pałac królewski i ratusz.
Stolica Szwecji osiadła na kilkunastu wyspach, połączonych ze sobą mostami. Zwiedziliśmy pałac królewski i inne zabytki. Na ulicach nie zauważyliśmy koni, jedynie mknęły samochody. Domy mieszkalne pomalowano śmiałymi, jaskrawymi kolorami, na przykład dom koloru seledynowego, a ramy okienne czerwone. Prócz budowli stylowych wzniesiono mnóstwo domów nowoczesnych. Ulice czyste, a stolica Szwecji zachwyciła nas.
Wieczorem Sztokholm tonął w światłach neonów, a „Batory” był w gali, oświetlony licznymi reflektorami.
Dzień i noc płynęliśmy do stolicy Norwegii-Oslo. Stolica Oslo, położona jest we fiordzie. Do portu wprowadził nas holownik. Miasto śliczne, mieszkańcy rośli o białej cerze i jasno-blond włosach. Zwiedziliśmy liczne muzea. Osobliwość stanowiło muzeum nart.
Z Oslo popłynęliśmy do stolicy Danii-Kopenhagi. Stolica położona jest na wyspie. Dzień był pogodny, więc ujrzeliśmy brzegi Szwecji.
W Danii zwiedziliśmy letnią rezydencję króla, stare zamki i muzeum Tordswalsena, gdzie oglądaliśmy model naturalnej wielkości pomnika księcia Józefa Poniatowskiego wzniesionego w Warszawie.
Autocarami przemierzyliśmy duńską równinę nadmorską. Wszędzie mknęły pojazdy mechaniczne, a na drogach panował niesamowity ruch.
Po południu zwiedziliśmy miasto na własną rękę. Zaszliśmy do Tivoli, największego ogrodu rozrywkowego, gdzie obserwowaliśmy linoskoczków, a na zakończenie poszliśmy na koncert symfoniczny. Wieczorem Tivoli jest wspaniale oświetlone, a fontanny biły kolorowymi strumieniami wód, tworzących kształty kwiatów.
Pełni wrażeń wracamy do Gdyni. Biorę udział w wieczorze kapitańskim. Przyjęcie wystawne, panie wystrojone niczym rewia paryskich mód, a zapach drogich perfum przypomina Grasse.
Tańczyliśmy modne tanga, panował wesoły nastrój, który przerwała burza. Spiętrzone fale rozszalałych wód kołyszą statkiem. Zapadłam na chorobę morską.

Podróż „Batorym” pozostawiła miłe wspomnienie. Statek był luksusowy, dostosowany do wygód pasażerów. Kabiny przestrzenne, widne, a pasażerowie korzystali z mnóstwa rozrywek: tenisa stołowego, kąpieliska, sali gimnastycznej, biblioteki, oranżerii z kwiatami, salonu, baru, a dzieci z bawialni zaopatrzonej w zabawki. I nie brakowało kaplicy.
Batorym płynęło międzynarodowe towarzystwo, a elegantki zmieniały toaletę kilka razy dziennie.

wtorek, 21 grudnia 2010

Nowy nabytek.

Jesienią 1934 roku otrzymałam od rodziców futro ze źrebców francuskich. Nieprzyjemna to była sprawa. Przemyślanki oglądały je i wypytywały o cenę.
W małej mieścinie to dobre, co drogie. Nauczona małomiasteczkowym doświadczeniem, przesoliłam cenę futra, ale przemyślanki były sprytniejsze ode mnie. Po upływie tygodni znowu zapytały o cenę futra i tu wpadłam, bo zapomniałam, o ile je przesoliłam?
W karnawale chodzimy na liczne bale w obawie przed nowymi plotkami o macierzyństwie.
Zimą z 1934 na 1935 zaobserwowałam u Mietka wielką zmianę. Dawniej często coś zataił, obecnie spoważniał, dla pań jest grzeczny, ale zachowuje dystans, zaś mnie obdarza gorącymi uczuciami, jest uważający, słowem- dżentelmen.
Mietek kocha dom, dba o jego wygląd, sam zawiesza obrazy, rozwiesza kilimy, dokłada drzewa do pieca, w ogóle jest tkliwy, dobry, czuły i kochany.
Nareszcie żyję w takiej atmosferze, jaką wyniosłam z rodzicielskiego domu.

Lato 1935 w całości należy do nas. Mamy przed sobą dwa długie miesiące wakacji. Pojechaliśmy do Zakopanego, wynajęliśmy pokój w willi „Orion”. Mietek kocha morze, ja zaś góry. Do Zakopanego przyjechała matka Mietka z jego przyrodnimi braćmi.
Z braćmi Mietka odbyliśmy wycieczkę na Świnicę. Na szczycie Świnicy postanowiliśmy posilić ciała, ale Mietek nie pozwolił.
-Zamiast podziwiać piękne widoki, chcecie je zbeszcześcić jedzeniem.
Po tym prologu odeszły nam chęci do jedzenia, a kiedy zeszliśmy ze Świnnicy, Mietek zaproponował jedzenie, ale byliśmy tak przemęczeni, że nie mogliśmy jeść.
Zrobiliśmy kilka wycieczek na Giewont i na Czerwone Wierchy, a 12 lipca, pod przewodnictwem moich braci ciotecznych Staszka i Janka, odbyliśmy wyprawę przez Zawrat na Orlą Perć. Na Zawracie od klamer odmroziłam ręce, bowiem nocą spadł śnieg. Z przełęczy obserwowaliśmy czterech taterników forsujących zamarłą Turnię.

Pod koniec wakacji poszliśmy z matką Mietka do kina. Przed nami siedziały dwie niewiasty. W pewnym momencie wzajemnie spoglądamy na siebie, a Mietek pociąga nozdrzami. Mówi:
-Nie wytrzymam tej przykrej woni.
-My również- powiedziałyśmy.
Teściowa wyjęła z torebki chusteczkę do nosa, a niemiła woń, jakby wzrosła.
-Chyba te niewiasty stronią od wody- zauważył Mietek.
Wstaliśmy i ostentacyjnie zamieniliśmy miejsca, ale przykra woń nie ustępowała.
-Więcej do kina tego nie pójdę- zawyrokował Mietek.
Z trudem wytrzymaliśmy seans do końca.
Jesteśmy na ulicy, teściowa otwiera torebkę, trąca mnie w ramię i wybucha śmiechem.
-Wiecie, co tak śmierdziało? Kupiłam na kolację zgliwiały ser i zupełnie zapomniałam, że go mam w torebce.

Dyrektorem gimnazjum jest emerytowany wizytator szkół średnich Edward Horwath. Mietek określa go, jako światłego, rozumnego i o wybitnej inteligencji dyrektora.
Horwath jest wymagający. Uczniowie przeważnie pochodzą ze stanu średniego i robotniczego. Prymitywne maniery uczniów raziły Horwatha, więc w przystępie niezadowolenia, nazwał ich magotami (gatunek małpy europejskiej żyjącej na Gibraltarze), a uczniowie nazwali dyrektora magotem.

Sukienki dla pań przemyślańskich szyje Żydówka Szajnowa. O klientce zawsze mówi z zachwytem, podnosi jej figurę, miły wygląd i inne zalety.
Jestem do przymiarki u Szajnowej. Długi stół zawalony materiałami i wzorami, a na manekinach wiszą uszyte sukienki.
-Czyja ta śliczna sukienka?- zapytałam krawczynię.
To suknia pani Z.- wyjaśniła.
-Jej będzie ładnie w tej sukni- powiedziałam
-Nie, ona nie ma eleganckiej twarzy- powiedziała krawczyni.

Styczeń 1936. Jesteśmy na przyjęciu u prezesa Sądu. Goście rozbawieni, a pani domu raczy nas smakołykami. Podczas wieczerzy Mietek zajął miejsce vis a vis mnie, a obok niego siedziała żona porucznika przysposobienia wojskowego. Zauważyłam, że pani ta co chwila przysuwa krzesło do Mietka. W końcu poniosło mnie. Zrobiłam uwagę:
-Mietek, jak ty siedzisz!
Mietek znieruchomiał i poczerwieniał, ale wyręczyła go sąsiadka.
-Acha, to znaczy, że mam odsunąć krzesło- powiedziała.
Znowu miałam popsuty wieczór.
”Niedobrze mieć przystojnego męża”- pomyślałam.

W lutym jesteśmy na balu. Raz za razem tańczy ze mną młody inżynier Peszko. Wszyscy zwrócili na to uwagę. W oczach Mietka dostrzegłam ogniki zazdrości. Z miejsca zaproponowałam pójście do domu, na co Mietek wyraził zgodę.
Nazajutrz spotkała nas żona inżyniera, Jasia Chechlińska, zapytała:
-Co wyście tak nagle zniknęli? Ten młody inżynier, po twoim odejściu, więcej nie tańczył, siedział w kącie i skubał wąsik.
Mietek, niby obojętnie, powiedział:
-Widocznie gustuje w takich małych z rumieńcami.

Tegoroczne wakacje spędzamy na Helu, dojeżdżając do Zoppot. Mietek skosztował szczęścia w ruletkę. Wygrał 450 złotych.
Na drugi dzień wyszłam na drobne zakupy, Mietek pozostał w pokoju, zaczytany w gazecie.
Po kilku minutach, gdy powróciłam, zastałam Mietka wystrojonego na blaszkę.
-Dokąd?- zapytałam
Mietek podszedł, złożył pocałunek, rzekł:
-Jadę do Zoppot zaokrąglić.
Słychać drugi sygnał syreny. Mietek pobiegł, by zdążyć na statek.
Wieczorem wyszłam na molo. Zauważyłam Mietka, machnął ręką. Widocznie mu zimno, nawet postawił kołnierz marynarki.
Mina Mietka kwaśna, pocałował mnie i z miejsca wyjawił:
-Wszystko przegrałem.

Prosto z wakacji pojechaliśmy do Lwowa. Mietek uczęszcza na kurs instruktorów przysposobienia wojskowego, a wieczorem na kurs kierowców pojazdów mechanicznych.
Na targach wschodnich postanowiliśmy nabyć motocykl. Oglądamy motocykle, w tym spotkaliśmy matkę Mietka, a kiedy dowiedziała się o naszym zamiarze, wręczyła Mietkowi w kopercie tysiąc złotych i doradzała, abyśmy nabyli przechodzony, w dobrym stanie samochód.
Powróciwszy do domu rodziców moich, opowiedzieliśmy, co nas spotkało na targach. Mama, pobudzona ambicją, wyjęła z szafki nocnej również tysiąc złotych i prosiła, abyśmy nabyli samochód.
Mietek próbuje różne wozy, ale żaden nie odpowiada nam. Pośrednik, inż. Jurewicz, przyrzekł zakupić dla nas coś odpowiedniego w Warszawie na jesiennych targach samochodowych.
Po dwóch tygodniach zatelefonował, iż nabył dla nas ciemno-szafirowego Fiata za 2600 złotych.
Nabyliśmy samochód. Mietek zasiadł za kierownicą, dał gazu i rozpoczął gonitwę po Lwowie. Z mamą siedziałyśmy na tylnym siedzeniu i podziwiałyśmy brawurę Mietka. Już dwukrotnie byliśmy pod naszą kamienicą, ale Mietek rozochocony pojechał dalej.
Nazajutrz wyznał mi, że nie mógł zatrzymać maszyny, bowiem zapomniał, gdzie hamulec.

Szalejemy. Codziennie jedziemy do Lwowa, nawet po ciastka do Zalewskiego. Rzadko przebywamy w domu, chyba, że panuje słota. W chwilach wolnych zachodzimy do garażu, czyścimy samochód, by był bez najmniejszej plamki.
W Przemyślanach samochód nasz wywołał zazdrość. Znajomi doradzali, abyśmy wóz sprzedali, bo przez ten samochód narobiliśmy sobie wrogów.

piątek, 17 grudnia 2010

Narowy Mietka.

Przy głównej ulicy Mickiewicza, gdzie wystaje zielona weranda, stoi domek czterech dziewcząt i „mamy” Jaworkowej. Domku tego wszyscy unikają, bo słynie w Przemyślanach z  kuźni plotek. Córy uchodzą za szyderczynie, wysiadują na werandzie, obserwują przechodniów, wyśmiewają ich i wyszydzają.
„Mama” Jaworkowa, słynie z ostrego języczka i zbierania plotek od służby domowej.
-Przepraszam, żem się spóźniła, bom była u pani Jaworkowej. Zaprosiła mnie do siebie, potraktowała wódką i wypytywała o państwo: jak mieszkają, co jedzą, co robią i co mówią?- usprawiedliwiała siebie moja posługaczka Bodakowa.
Nic nie powiedziałam, a posługaczka nie pytana dodała:
-Mówiłam same dobre rzeczy, ale pani Jaworkowa pytała, czy państwo żyją w zgodzie?
-Niech Bodakowa przestanie, ja plotek nie zbieram- powiedziałam.
Jacy to mali ludzie. Cóż sobie pomyśli posługaczka o tego rodzaju „paniach”, mających wygórowane aspiracje?

W tym roku Mietka ćwiczenia wojskowe ominęły. Wakacje spędzimy w Jamnej, w Karpatach, nad Prutem.
Okolica piękna, pogoda dopisuje, tylko nieprzyjemne są nocne burze połączone z gromami. Ciężko przeżywam te burze, gromy biją jeden za drugim, a echo gór pomnaża je wielokrotnie. Błyskawica pokrywa nisko opadłe sklepienie niebios, a grzmoty robią wrażenie, jak gdyby rozsadzały góry, zaś deszcz, smagany ostrym wiatrem, leje jak z cebra. Rosną potoki i unoszą odłamki oderwanych skał, gałęzi oraz dobytek Hucułów.

Poranki w Karpatach miłe. Powietrze przesycone wonią silnie pachnących kwiatów, niebo bezchmurne, jedynie naniesione zwały rdzawego piachu świadczą o burzy nocnej.
Mietek wykorzystuje wakacje na przygotowanie się do egzaminu pedagogicznego.

Październik 1933. Nastały chłody. Krajobraz przyprószony oziminą, a rolnicy pracują przy wykopkach buraków cukrowych. Jedziemy do Lwowa, bo Mietek zdawać będzie egzamin pedagogiczny. Egzamin piśmienny zdał celująco.
Mieszkamy u rodziców, w moim panieńskim pokoju. Mietek postanowił odwiedzić przyjaciela z podchorążówki Jasia Wieniawskiego, a ja poszłam z mamą na zakupy.
O godzinie 8-mej wieczorem powróciłyśmy ze sprawunków. Mietek spacerował przed kamienicą, oczekując nas.
Ledwo zdjęliśmy okrycia, Mietek począł opowiadać, jak spędził czas u Wieniawskich. Opowiadaniom nie było końca, wreszcie zakończył wizytę familijnym spacerem.
Oratorstwo Mietka nasunęło mi podejrzenie, iż mówi nieprawdę. Poznałam to po jego minie. Byłam przeświadczona, iż jeszcze gdzieś był i to chce ukryć przede mną.
Bezwiednie zapytałam Mietka:
-O której godzinie wyszedłeś od Jasia?
Mietek bez zastanowienia powiedział:
-O godzinie 4.30.
-Gdzieś ty jeszcze był?- zapytałam?
-Nigdzie- odpowiedział
-Toś ty szedł do domu od 4.30 do 8.00-mej wieczorem?
Mietek nic nie powiedział, tylko milczał.
-Słuchaj, tyś jeszcze gdzieś był?- ponowiłam zapytanie.
-Nie- powiedział krótko.
Na to w uniesieniu powiedziałam:
-Jeśli kłamiesz, życzę ci z serca, abyś nie zdał egzaminu.
Słowa me poczęły głęboko nurtować w umyśle Mietka. Po godzinnej, wewnętrznej walce, Mietek wszczął rozmowę, a oczy jego zdradzały upokorzenie i ściszonym głosem wyznał:
-Byłem u Jaworkowej. Mieszka z córkami we Lwowie. Zaprosiła mnie starsza Jaworkówna, którą spotkałem na terenie Uniwersytetu, na herbatkę, w której brała udział sama młodzież, a ja „zabawiałem” mamę Jaworkową. Prawdę mówiąc, rad byłem, gdy opuściłem ten dom.
-Nie dobrze postapiłeś, osądź sam siebie- powiedziałam.
Nazajutrz Mietek zdawał egzamin ustny. Powrócił około godziny 2-giej po południu, był czerwony, jak rak i ode progu powiedział:
-Nie zdałem, mam poprawkę.
W oczach Mietka dostrzegłam zdziwienie, upokorzenie i złość. Pierwszy raz nie zdał egzaminu, bo dotąd wszystkie egzaminy zdawał celująco.
Podeszłam i pocałowałam go.

Ze względu na ciężkie położenie gospodarcze kraju, postanowiliśmy w bieżącym karnawale nie uczęszczać na zabawy.
Wiosną 1934 co chwila któraś z pań powiada: „Jaka pani wciąż zgrabniutka”.
Nie rozumiałam, co powiedzenia te znaczą, dopiero ciocia Mania, jadąc pociągiem do Lwowa, usłyszała rozmowę, jaką wiodły dwie przemyślańskie panie, iż w sierpniu rodzić będę dziecko. Niestety, to nigdy nie miało miejsca.

Lipiec spędziliśmy na Helu, korzystając z kąpieli morskich. Z Helu odbywaliśmy wycieczki do Zoppot, Gdańska i Oliwy. W Oliwie zachwycały nas w kościele organy, misternie wyrzeźbione przez mnichów.
Morze, jako żywioł, pociągało Mietka. Lubiał spacery nad brzegiem morza, podziwiał morze, gdy było spokojne. Pokryte lekkimi falami, Mietek porównywał morze z gęstą oliwą. Potęgę i grozę Bałtyku odczuwaliśmy podczas sztormu, kiedy wzburzone morze niesamowicie huczało.

W drodze powrotnej z Helu wstąpiliśmy do Lwowa, do moich rodziców. Mietek wdział mundur i pojechał na 4-ro tygodniowe ćwiczenia wojskowe do Złoczowa. Pozostałam we Lwowie, by dokupić różne drobiazgi dla domu.
W połowie sierpnia pojechałam do Złoczowa. Zamieszkałam w hotelu „Warszawskim”, gdzie wodę do mycia przynoszono w dzbanku. Pobyt w Złoczowie był miły. Wieczorami chodziliśmy do kina i teatrzyków.

Po ćwiczeniach wojskowych dostrzegłam u Mietka znarowienie. W domu, w roli profesora, był poważny, kulturalny, taktowny i cechowała go ogłada towarzyska. Po ćwiczeniach cechy dodatnie były przytępione, występowała u niego szorstkość, sztuczna bufonada i zarozumiałość. Za każdym razem, po ćwiczeniach wojskowych, kosztowało mnie to sporo czasu, zanim zaprowadziłam Mietka na właściwy tor.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Przygoda na strychu.

Wiosną Przemyślany stanowiły jeden wielki ogród, wszędzie pełno zieleni i kwiatów. Żyjemy, jak na letnisku. Codziennie zażywamy długich spacerów w kierunku wzgórza, zwanego Brzezinką, gdzie istnieje strzelnica i boisko sportowe.
Miasteczko podniecone. W stowarzyszeniach sportowych i kulturalnych ćwiczą do defilady 3-co majowej, a Mietek przygotowuje przysposobienie wojskowe. Ma z tym sporo zabiegów i kłopotów.
3 maja 1932. Przemyślany tonęły we flagach biało-czerwonych, wszędzie widać umundurowanych strzelców, sokołów, rezerwistów, straż pożarną i innych.
Po uroczystym nabożeństwie w kościele, starosta Grodowski, otoczony miejscową świtą, stanął na zabudowanej trybunie przed gmachem gimnazjum, by odebrać defiladę organizacji społecznych.
Wpierw szły szkoły, następnie organizacje przysposobienia wojskowego, a na zakończenie, w galopie, przejechała sikawka straży pożarnej. Na krótko, przed trybuną, zwijacz wężowy popuścił i długi parciany wąż podrygiwał po bruku. Publicznośc wybuchła śmiechem, zwłaszcza, gdy jeden ze strażaków, chcąc uchronić węża od zniszczenia, zeskoczył z sikawki, uchwycił koniec węża i biegł z nim przed dostojnikami.

Z tegorocznych wakacji letnich nic nie wyszło. Mietka powołano na 6-cio tygodniowe ćwiczenia wojskowe do Równego.
W połowie ćwiczeń odwiedziłam Mietka, zabawiłam dziesięć dni w Równem.
Z ćwiczeń Mietek powrócił podporucznikiem.

Gospodarzem naszym jest mistrz kominiarski Worobiec. Nosi wysoko brodę, dumny z dzieci i posiadłości. Cały tydzień wymiata kominy, chodzi zasmarowany sadzą, ale gdy przyjdzie sobota, bierze kąpiel, wdziewa schludny garnitur i wygląda niczym urzędnik z Urzędu Skarbowego. Sąsiadem Worobca jest kupiec Żyd. Tylna ściana domu owego kupca Żyda zachodzi na ogród Worobca. W pełni lata poszedł do Worobca i prosił o zezwolenie na ustawienie rusztowania, gdyz zamierza pomalowac tylną ścianę swego domu. Worobiec uniósł głowę, oświadczył: „Zakładam prowizorię”. Nie wiedzieliśmy, co te słowa znaczą. Widocznie w języku lokalnym stanowiły sprzeciw. Worobiec wolał patrzeć na obdrapaną ścianę, aniżeli na pomalowaną.

Dyrektor Kamiński ustąpił ze stanowiska dyrektora gimnazjum i osiadł w Rabce, gdzie pobudował willę. Stanowisko dyrektora objął emerytowany wizytator szkolny Horwath.
Zawarliśmy przyjaźń z sędziostwem Polnymi. Na ogół unikamy szerszych znajomości, pragniemy zacisza domowego, by w spokoju przeżyć wiosnę szczęśliwego związku małżeńskiego.

W początakch listopada, późno wieczorem, Przemyślany przeżyły sensację. Nad miastem krążył samolot. Starosta zorientował się, że pilot zamierza lądować, więc pospiesznie wybrano teren na lądowanie i rozpalono ogrniska. Samolot wylądował szczęśliwie. Mieszkańcy pobiegli oglądać samolot, wśród ciekawych nie brakowało i Mietka. Pilotem samolotu był por. Drogoń, znajomy Mietka. Nazajutrz rano procesja mieszkańców miasta, szkoły, w ogóle, kto żył, poszli oglądać samolot. W dwa lata później por. Drogoń stracił życie podczas popisów lotniczych z okazji targów wschodnich.

Nastała zima, spadł obfity śnieg. Mieszkańcy Przemyślan rozpoczęli uprawiać sport narciarski. Dogodne, pagórkowate tereny i gęste opady śnieżne, zachęciły i nas do sportu narciarskiego. Zakupiliśmy narty i rozpoczęliśmy uprawiać ten przyjemny sport. Z czasem nabraliśmy wprawy. Biegaliśmy kilometrami po pagórkach, próbując co raz częściej niebezpiecznych zjazdów.

Zimą z 1932 na 1933-ci rok, uczęszczaliśmy na przemyślańskie bale. Od nas tryskało życie, młodość i chęć zabawy. Mąż dobrze zarabia, a ojciec każdego miesiąca przysyła mi 150 złotych na moje drobne wydatki. Zdrowi jesteśmy, więc niczego nam nie brakuje, jedynie zmora kryzysu gospodarczego zapuściła i na głuchą prowincję swe macki. Rolnicy uginają się pod cieżarem wysokich procentów od zaciągniętych pożyczek, kiedy ceny za płody rolne ciągle spadają, a liczba bezrobotnych rośnie. Toteż kradzieże są na porządku dziennym.
Podczas długich zimowych wieczorów toczymy dysputy na tematy gospodarcze i doszliśmy do wniosku, że jedynie gospodarka planowa może wydźwignąć kraj nasz z opresji. Dysputy nasze nie przynoszą nikomu ulgi, a ofiary kryzysu nie pragną czczych słów, tylko pracy i chleba.

Wiosną 1933 roku zamieniliśmy mieszkanie. Mieszkamy w domu lekarza powiatowego dr Zimmermanna. Nowe mieszkanko wygodniejsze i posiadamy ogródek.
Strudzeni przeprowadzką, poszliśmy wcześniej spać. O północy zbudził mnie miarowy odgłos piłowania pochodzący ze strychu, gdzie wywiesiłam wypraną bieliznę. Widocznie złodzieje przepiłowują ramę okienną. Nie zapalając światła, zbudziłam Mietka. Powiedziałam:
-Słuchaj, na strychu są złodzieje.
Mietek uniósł głowę, popatrzał na mnie i zasnął.
Piłowanie nie ustaje.
Rozbudziłam Mietka. Usiadł na łóżku i orzekł, że na strychu są złodzieje. Wstał, wyjął z szuflady nocnej szafki browning i uradziliśmy, aby na strych wpierw wpuścić Mróweczkę, a następnie wejdzie Mietek.
Bezszelestnie otworzyliśmy drzwi na korytarz. Na strych prowadzi drabina. Mietek wszedł na drabinę, za nim idę ja, niosąc na ręce wystraszoną psinę. Latarki nie świecimy, aby nie zorientować złodziei.
Piłowanie co raz wyraźniejsze. Mietek ostrożnie odchylił klapę na strych, a ja wpuściłam Mróweczkę. Mrówka pobiegła, nawet nie zaszczekała. Wtem Mietek przypomniał sobie, że browning nie nabity. Pociągnął za kolbę, nabój wypadł, pociągnął drugi, trzeci i czwarty raz- skutek ten sam. Dopiero ostatni nabój wskoczył do lufy.
-Nie ma innej rady, jak wejść na strych.
Mietek powoli odsunął klapę i wsunął ręce na strych. W jednej ręce trzymał latarkę elektryczną, a w drugiej nabity browning i spod klapy, nie swoim głosem zapytał: „kto tam”?. Nie było odpowiedzi.
-Na pewno uciekli- powiedziałam.
Mietek wszedł na strych, patrzy, bielizna wisi, okna całe i nie zauważył śladu, aby w ogóle ktos był na strychu. Mimo to piłowanie trwa nadal.
Nazajutrz ujawniono nam tajemnicę piłowania. W sąsiedniej zagrodzie trzymano świnie, które nocami czochrały swe wypasione cielska o drewnianą ścianę chlewa i to imitowało piłowanie.

środa, 8 grudnia 2010

Życie na prowincji.

Nazajutrz po ślubie pojechałam z mężem do miasteczka powiatowego Przemyślany.
Padał gęsty, suchy śnieg, a ostry wiatr smagał po twarzy. Miasteczko jest znacznie oddalone od dworca kolejowego, więc wynajęliśmy sanie.
Szeroką drogą, po zwałach usypanego śniegu, ubitą koleiną, sanie sunęły ku miasteczku.
Przemyślany robią schludne wrażenie, ulice zwarto zabudowane, a na wysokich słupach wiszą rozkołysane lampy elektryczne.
Nad miastem dominuje kościół rzymsko-katolicki.
Minęliśmy kilka okazalszych budynków i „Dom Sokoła”.
Woźnica szarpnął lejcami, przystanęły konie, a sanie lekko drgnęły.

Stanęliśmy przy ulicy Lubomirskich.
„To tu nasze locum”- pomyślałam.
Mietek wprowadził mnie do czystego, dwupokojowego mieszkanka z kuchnią. Mieszkanie pachnie świeżością, a w jadalni na stole bukiecik świeżych konwalii. Piece kaflowe gorące, że dotknąć ich nie można.
Każdy szczegół w naszym gniazdku interesuje mnie. Podziwiam gustownie rozstawione meble, zawieszone obrazy, piękne lambrekiny, porcelanę i srebro.
Powoli poznaję życie prowincji. Jestem wolna od trosk i kłopotów, bo te spoczywają na głowie męża.
Mietek ma zimowe wakacje szkolne, przeżywamy więc nasze beztroskie dni.
W trzecim dniu małżeństwa rano zbudziła mnie służąca. Zapytała, co przynieść na śniadanie? Dopiero teraz zrozumiałam, że kuchnia należy do mego obowiązku, ale ja nie mam pojęcia o sztuce kulinarnej, bo mama nie pozwalała mi przebywać w kuchni.
Postanowiłam podać kakao. Do wrzącej wody wsypałam dwie łyżki stołowe kakao i zamieszałam w rondlu, ale uznałam, że kakao za rzadkie, więc dodałam dwie dalsze łyżki kakao. Wrzątek był zabarwiony, ale co dalej? Przypomniałam sobie, iż kakao wymaga jajka. Wzięłam świeże jajko i wbiłam do rondla. Po wierzchu pływają białe i żółte grudki ściętego jajka.
Do mej kucharskiej świadomości dotarł błysk, że kakao wymaga mąki. Wsypałam więc do rondla dwie łyżki mąki pszennej i tę całą maziugę poczęłam mieszać. Mieszam i mieszam, a tu powstają kluseczki. Kosztuję, ale kakao bez smaku. Za poradą służącej dodałam słodkiej śmietany i dosypałam cukru.
W porcelanowych filiżankach podałam do stołu kakao. Mąż pije, widzę, jak mruży oczy, jak drgają mu mięśnie policzkowe, gdy łyka te grudki nierozpuszczonej mąki i kakao, ale Mietek jest dobryym mężem, nie robi mi zawodu. Przeciwnie, prosi o drugą filiżankę tego kakao.
Nalałam na spodeczek kakao dla Mróweczki. Powąchała i była zgorszona.
Z wysiłkiem łykałam to kakao, wypiłam ćwierć filiżaneczki.

Na obiad zaprosili nas inżynierowie Linkowie, więc odpadł kłopot gotowania. Dopiero w czwartym dniu małżeństwa spadł na moją głowę obiad.
Mietek siedział w kuchni i trzymał w ręce książkę kucharską Monatowej.

Służąca stała przy kotlinie, a ja według wskazówek, wyczytywanych przez Mietka, gotowałam rosół. Służąca co chwilę biegała do sklepu po jakąś przyprawę. Po licznych zabiegach rosół rozlano na talerze.
Na Trzech Króli pojechaliśmy do Lwowa. Zaprosiła nas matka chrzestna Mietka. Odtąd począwszy, rozpoczęłam cenić sztukę kulinarną.

7-go stycznia wznowiono naukę w gimnazjum. Piętnaście minut przed ósmą wyszedł Mietek z domu.
Życie małomiasteczkowe posiada zupełnie inny aspekt, ja we Lwowie. Będąc w mieście, zauważyłam, iż osoba moja wzbudziła zainteresowanie u mieszkańców miasta. Dostrzegłam, jak w oknach drgały firanki, to żądni obserwowali mnie. Do jakiego bym kupca nie wstąpiła, każdy tytułował mnie „pani profesorowa”.
Nieprzyjemnie być pod takim obstrzałem, mam nadzieję, że to szybko minie. W małej mieścinie wszyscy stanowią jakby rodzinę, a przybysz jest dla nich intruzem nie znającym przeszłości mieściny.
Rodowici przemyślanie to chodzące kroniki, znają wszystkie wydarzenia w tym miasteczku, ba, nawet rodowód każdej osiadłej tu rodziny.
Z dniem rozpoczęcia nauki w gimnazjum poczęliśmy składać wizyty domom przemyślańskim. Trzeba było baczyć, aby zachować kolejność, by nie wejść na języki. Składanie wizyt zaczęliśmy od starosty, głowy powiatu.
Wizytowani rewizytowali nas, co świadczy o nawiązaniu dobrych stosunków towarzyskich.
W lutym Liga Obrony Powietrznej Państwa urządziła popularny bal. Sala udekorowana, a pośrodku sali, u sufitu, wisiał tekturowy samolot pomalowany na srebrny brąz.
Bal rozpoczęto polonezem. Pary ustawiano, kolejność była uzależniona od pozycji społecznej męża. Wiele pań przemyślańskich było niezadowolonych, uważały, iż zostały zaliczone do niewłaściwej kolejności.
Przemyślańscy mężowie wprowadzili żony na salę, a sami poszli do lokali bocznych, gdzie grali w bridża. Panie, jak na rewii, oglądały suknie i robiły głośne uwagi:
-Niech pani popatrzy, tamta niebieska suknia przerobiona, jeden rok odpoczywała, myśli, że nikt jej nie pozna.
Gorzej było, gdy dwie panie miały podobne suknie. Jedna drugiej unikała i obie miały popsutą zabawę.
Bufet od początku do końca zabawy cieszył się wielkim powodzeniem. Około północy płeć brzydka była w różowym humorze, wtenczas obwieszczono walc z kotylionem. Nie miałam kotylionu, bowiem we Lwowie tego rodzaju zwyczaj nie obowiązywał.
Przemyślanki wydobyły z torebek różne oryginalne kotyliony, zaopatrzone w jedwabne wstążeczki, a panowie obdarzali panie kwiatami lub słodyczami.
Ze świtem, po białym walcu, bal zakończono. Gorliwi katolicy prosto z balu poszli do kościoła na ranną mszę, inni do domów, gdzie przespali niedzielę.
Po balu, w różnych domach, urządzano kawki, gdzie huczało od plotek. Po prostu przeżywano reminescencję balu. Dopiero inne, silniejsze sensacje, lub wydarzenia zepchnęły bal do lamusa, by wyciągnąć go przy okazji następnego balu.

sobota, 4 grudnia 2010

Ten drogi Lwów...

Lwowian cechuje żywiołowość. Co by w tym mieście nie zaszło, radość, czy smutek, przeżywa cały Lwów.
Rzadko Lwowianie opuszczają miasto rodzinne. Nie nęcą ich stanowiska, ani zaszczyty. Z pogodą znoszą gorsze warunki egzystencji, byle we Lwowie.
Jeśli ktoś popadł do Lwowa, to przepadł. Od Lwowian tryska radość, bije polskość, bo Lwów roześmiany i rozśpiewany.
We Lwowie wszyscy śpiewają, ci w salonach i ci w suterynach. Lwowianie śpiewają piosenki o Lwowie, jego życiu i wydarzeniach. Piosenki o Lwowie powstają w parterowych domkach na przedmieściach i wśród batiarów. Nie posiadają one formy, treści, rymu, ale za to mają swoisty rytm, bo są o Lwowie. Dlatego śpiewa je cały Lwów.
Lwów to miasto mej kołyski, moich marzeń, mej radości, mych kłopotów i trosk. Dziś jest miastem mych snów. Gdzieżbym nie była, myśli, uczucia moje zawsze są we Lwowie. Kiedy przymykam oczy, znużone trudami dnia, już idę alejami wśród drzew i krzewów po parku Stryjskim, gdzie zażywałam spacerów z Mietkiem.
Tuż za parkiem Stryjskim istniał plac wystawowy, szeroko znany w świecie handlowym z targów wschodnich. Co roku do Lwowa zjeżdżali swoi i obcy, wystawiali towary, zawierali transakcje handlowe i kwitł handel, jak za Korony Polskiej, bo Lwów leżał na wielkim szlaku handlowym, łączącym Wschód z Zachodem.
Jakby tu nie wspomnieć o wysokim zamku, ulubionym miejscu randez-vous. Tam nawiązałam pierwszą nić przyjaźni z Mietkiem. O zamku Lwów nucił swoistą piosenkę, jak to siedział ułan z mamką i snuli romans.
Każdy krzew, kwiat czy trawnik są mi znane. Wszystko to rosło razem ze mną i roniło rzewne łzy, gdy but, nasycony dziegciem, deptał ulice drogiego Lwowa.
Co wieczór, znużona czytaniem, unoszę swe myśli ku rotundzie, panoramie Racławickiej, to przemierzam ulicę Akademicką i zaglądam do kawiarni Zalewskiego, skąd uchodziły aromaty brazylijskiej kawy, pieczywa i bitej śmietany.

Nie wyobrażam sobie na Akademickiej innych topoli, jak te, które rosły razem ze mną. Dla pamięci matki składam pokłon Mickiewiczowi i przez Wały Hetmańskie, omijając Sobieskiego na koniu, zdążam pod gmach teatru, czytam olbrzymie afisze, co wystawiają w teatrze i kto śpiewa? Czy Adam Didur, czy Koralewicz, Wajdowa?


Tuż za teatrem istniał zwykły targ, pełen wieśniaków i mieszczan, a w drewnianych budkach handlowali Żydzi.
Na wałach rojno, beztrosko biegają dzieci, a wzdłuż rabatek grupkami stoją Żydzi w chałatach i jarmułkach i coś żywo szwargocą. To lwowska czarna giełda.

Lwów zawsze tętnił gwarnym życiem, a sprzedawcy gazet uganiali się po mieście i wykrzykiwali ostatnie wieści.
Pamiętam Ossolineum, Uniwersytet stary i nowy, Politechnikę, Ratusz z dumnymi lwami, te wspaniałe kościoły, ten piękny dworzec i te pagórki, wśród których oddycha Lwów.

Tęsknię za Łyczakowem, Zamarstynowem, Kleparowem, Gródeckiem, Stryjskim. W ogóle za Lwowem.
Z mych lat dziecięcych utkwiły mnie w pamięci piosenki, nucone przez panią Krzyworączkową:

„Ach ten Lewicki za miłość Ficki
Odpowiada przed Trybunałem dziś.
On to kochance odebrał życie
Trzykrotny z rewolweru dając w nia strzał”

Widzę Lwowskich kataryniarzy, obstąpionych przez dzieciarnię i służące, spragnione wróżb, i tych podwórzowych śpiewaków, opiewających Lwów.

„Gdybym się jeszcze urodzić miał znów
To tylko we Lwowie.
Niech inne se jadą, gdzie mogą, gdzie chcą,
Do Widnia, Paryża, Londynu,
A ja si ze Lwowa nie rusze na krok
Ta maciu ta joj, ta skarż mi Bóg”

Duszą i sercem jestem we Lwowie. Byłam we Lwowie w ten czas, kiedy w roku 1918 i 1919 toczono zacięte boje o każdy dom. O Lwów walczyli wszyscy, kobiety i dzieci, gdy hajdamaka chciał oderwać drogi Lwów od macierzy.
Hajdamacy mogą zmienić nazwę Lwowa, zamazać napisy polskie, zburzyć kościoły, zniszczyć pomniki, wygnać ludność polską, ale nie potrafią zmienić Lwowa, bo we Lwowie pozostały na straży prochy Orląt.

„W dzień deszczowy i ponury
Z cytadeli idą z góry
Szeregami lwowskie dzieci
Idą tułać się po świecie”

Lwowianie namiętnie kochają muzykę i śpiew, to też imieniny obchodzi nie tylko solenizant, ale cała ulica. Śpiewano i tańczono we wszystkich domach, nie wyłączając suteryn. Podczas uroczystości rodzinnych słychac śpiewy zespołowe:

„Ten drogi Lwów
To miast snów
Gdy kiedys usłyszę
Całuji rączki
Gorączkę mam już.
Ten Stryjski park,
Ten wschodni targ,
Te szanowania,
Padam do nóg i bądź zdrów
Ma tylko jeden Lwów”

Kiedy do Lwowa przybył człowiek, zwany „Mucha”, chodził po gzymsach kamienic, a podczas popisu na kamienicy Teliczkowej, przy ulicy Akademickiej, spadł i zabił się, Lwów wydarzenie to przybrał w piosenkę:

„Przyjechał do Lwowa
Człowiek zwany „Mucha”
Wlazł na Teliczkową
I wyzionął ducha.”

Nawet podczas kryzysu gospodarczego nie zaniechano śpiewu, ani tańca, a samorodni kompozytorzy tworzyli szlagiery.

W dobie radiofonizacji, oryginalne życie Lwowa przeniesiono na fale eteru, na których oddano gwarę, sposób myślenia, dowcipy i żywiołowość. Każdej niedzieli cała Polska słuchała lwowskiej fali, bo Lwów wnosił w życie humor, werwę i wesołość.

Do „osobistości” Lwowa należało kilka oryginalnych typów lwowian. Ślepa Mińcia wysiadywała na składanym stołeczku przed kawiarnią Wiedeńską i na harmonii wygrywała szlagiery. Mińcia była ubraną w pretensjonalne suknie, twarz miała pomaćkaną, niczym paleta malarza.
Którz we Lwowie nie znał Mayera, tego nieszkodliwego wariata. Codziennie chodził w innym mundurze wojskowym, obwieszony orderami. Mayer maszerował na czele pochodów, zawsze ubrany z fantazją, wywoływał wesoły nastrój. Władze miasta Lwowa kilkakrotnie wywoziły Mayera poza Lwów, ale on zawsze na czas pochodu powracał.
Trzecim unikatem był wariat niskiego wzrostu. Chodził boso. Z przodu, na sznurku, zwisała puszka na jedzenie. Chodził po uicach Lwowa i śpiewał:
„Tiulam, tiulam, tium, tium, tium”.
I z tym wszystkim Lwów był czarujący.

Lwowian nikt nie jest w stanie pozyskać dla swych niecnych celów. Nie pozyskały ich czerwone rubaszki, ani brunatne hemdy, bo Lwowianie gorąco kochają Polskę, dla niej zeszli w podziemie i walczyli z każdym, kto targnął po ich Lwów.


Lwowianie nie tylko walczyli z bronią w ręku o wolność Polski, ale rzuceni na dalekie stepy Kazachstanu, codziennie zanosili gorące modły do Stwórcy, wyrażane w szczególnej litanii:

„Kyrie elejson, Chryste elejson!
Chryste usłysz nas, Chryste wysłuchaj nas!
Boże Ojcze, któryś wywiódł lud Twój z niewoli egipskiej i wrócił do Ziemi Świętej-
Wróc nas do ojczyzny naszej!
Synu odkupicielu, któryś umęczony i ukrzyżowany zmartwychwstał i królujesz w chwale-
Zbudź z marłych ojczyznę naszą!
Matko Boska, którą ojcowie nasi nazywali Królową Polski-
Zbaw ojczyzne naszą!
Święty Stanisławie, Patronie Polski-módl się za nami!
Przez bohaterstwo żołnierzy polskich, poległych na Westerplatte i Helu-
Wybaw nas Panie!
Przez bohaterstwo Warszawy, Modlina, Lwowa-
Wybaw nas Panie!
Przez męczęńską ofiarę młodzieży polskiej-
Wybaw nas Panie!
Przez śmierć okrutną lotników polskich-
Wybaw nas Panie!
Przez bohaterstwo niewoli Polaków-
Wybaw nas Panie!
Przez rany i krew poległych za wiarę i wolność-
Wybaw nas Panie!
Przez łzy, katusze, cierpienia więzionych, zakładników, jeńców wojennych-
Wybaw nas Panie!
O zwycięstwo- Prosimy Cię Panie!
O udział w walce- Prosimy Cię Panie!
O Polskę wielka i niepodległą- Prosimy Cię Panie!
O rychłe wyniesienie sztandarów w ojczyźnie- Prosimy Cię Panie!
O szlachetną i uczciwą duszę dziecka polskiego- Prosimy Cię Panie!
O rychły powrót do kraju- Prosimy Cię Panie!
Ojcze przedwieczny! Jezus Chrystus syn Twój Najmilszy, którego słowa nigdy nie zawodzą, powiedział, że cokolwiek w imię Jego prosić będziemy, otrzymamy. Przeto dziś powtarzamy tę boską obietnicę Jego, prosząc Cię o łaskę rychłego powrotu do kraju i połączenia z najbliższymi. A powtarzamy nie ustami, ani wołaniem Ran Jego, z których płyną Krwi Najświętsze Zdroje, a przede wszystkim Rany Serca Najświętszego.
Ojcze Przedwieczny! Być nie może, abyś tej modlitwy nie wysłuchał! Amen.”
Leopolis semper fidelis

środa, 1 grudnia 2010

Pogrzeb i ślub.

Wiosna 1931 rok. Za pół roku Mietek powróci z wojska.
Pachnie gleba i łąki, drzewa pokryte zielonymi pączkami, za lada podmuchem ciepła pokryje je jasno-zielony liść. Wówczas wiosna będzie w pełni i roztoczy swój czar.
Państwo Argasińscy wzlot wiosny przeżywają w Brzuchowicach. W niedzielę jedziemy do nich z wizytą.
Rodzice są pełni zachwytu dla zrywu wiosny, ale dla zabicia czasu grywają w briżdża.
Wyszłam do ogrodu. Drzewa i krzewy są jeszcze bezlistne, rabatki i grządki starannie uprawione, a świerki i sosny ożywiają krajobraz.
Opodal werandy, w klatce, trzymano wiewiórkę. Gryzoń szalał, usiłował przegryźć drucianą siatkę. Wystawił łapki do sosen.
Jacy ci ludzie nielitościwi. Sami walczą o swe prawa, a biedną wiewiórkę zamknęli w klatce dla swej osobistej przyjemności.
Postanowiłam przy okazji otworzyć drzwiczki klatki, ale wyręczył mnie ktoś inny. Wiewiórka uniosła puszysty ogon i dała susa do lasu.
Po obiedzie powstał lament, szukano wiewiórki, tymczasem wiewiórka skakała z gałązki na gałązkę, zażywając złotej wolności.


Czerwiec. Ciepło. Lwów w słońcu. Mietek odbywa ćwiczenia na poligonie w Biedrusku pod Poznaniem, a ja leżę w szpitalu wojskowym, po przejściu operacji ślepej kiszki.
W pierwszych dniach października Mietek ukończył służbę wojskową. Wygląda dobrze, ogorzały, pełen energii i zapału.
Mietek zabiega o posadę. Skoro osiągnie posadę, zawrzemy upragniony związek małżeński.

W towarzystwie rodziców zmierzamy ulicą Piekarską w kierunku Placu Bernardyńskiego. Po drodze oglądamy wystawy sklepowe i marzymy o własnym gniazdku.
Po przeciwnej stronie ulicy wisiał olbrzymi afisz. Mama przystanęła, wysiliła wzrok, by odczytać afisz, w końcu zapytała:
-Cóż afisz ten zawiera?
Mietek gładko odczytał afisz, a mama powiedziała:
-Dawniej miałam również dobry wzrok, ale obecnie tak daleko nie widzę.
-Tak, tak, z wiekiem wszystko się przytępia- powiedział Mietek.
-To ty mi ładne mówisz komplementy- powiedziała z uśmiechem mama.

O posadę w gimnazjum trudno, zwłaszcza, gdy rok szkolny rozpoczęto 1 września.
Ojciec zamierzał napisać do Michasia- wojewody śląskiego, ale Mietek i ja postanowiliśmy nie opuszczać Lwowa. We Lwowie każdy dom, każda ulica, każdy kamień są nam drogie.
Matka Mietka wyczytała w gazecie konkurs na stanowisko polonisty w Przemyślanach. Nazajutrz rano Mietek pojechał do Przemyślan. Dzięki życzliwości dyrektora Jana Kamińskiego, powierzono Mietkowi stanowisko polonisty z dniem 1 listopada.
Niedziele i święta Mietek spędza we Lwowie. Omawiamy sprawy związane z zawarciem związku małżeńskiego.
18-tego listopada 1931 roku nawiedził mnie przykry sen. Śniłam, że całował mnie na ulicy Hoffmana, przed sklepem wędliniarskim, dawny adorator Zygmunt. Gdy wielokrotnie śniłam o Zygmuncie, zawsze spotyka mnie przykrość.
Rano zaszłam do kuchni. Powiedziałam do mamy:
-Nawiedził mnie okropny sen, dzisiaj na ulicę nie wyjdę.
-To nie wychodź- doradziła mama.
O godzinie 4 po południu babcia uległa tragicznemu wypadkowi na ulicy Hoffmana i pół godziny później zmarła na stole operacyjnym.
Babcię złożyliśmy do grobowca, w którym spoczywała ciocia Arturowa, ta która we śnie prosiła mnie, aby babcia w dniu Wszystkich Świętych zapaliła światła na grobowcu.
Z powodu żałoby termin mego ślubu z Mietkiem przesunięto.

2 stycznia 1932 zawarłam slub z Mietkiem. Byłam w długiej sukni z georgety, koloru jasnego popiołu i miałam żakiecik z popielatego aksamitu, spięty srebrną klamrą.
Na prawej ręce niosłam naręcz świeżych kwiatów: róże, bzy, konwalie i goździki, a lewą ręką trzymałam pod ramię Mietka.
Jestem z Mietkiem związana nie tylko uczuciem, ale z mocy prawa na całe życie.


niedziela, 28 listopada 2010

Kryzys gospodarczy.

W domu rodziców co raz częściej słyszę słowo „kryzys gospodarczy”. Na ogół wszyscy narzekają. W kołach urzędniczych przebąkują o redukcji etatów i płac.
Tegoroczna zima ciężka. Na ulicach Lwowa widzimy nędznie odzianych ludzi. Są to bezrobotni, ludzie bez jutra. Kupcy narzekają na brak klienteli, fabrykanci na nadprodukcję, urzędnicy na niskie płace, a bezrobotni wołają: „chleba”.

Obecnie nieprzyjemnie spacerować po ulicach miasta. Przechodniów atakują batiarzy, wypowiadają złośliwe uwagi pod adresem tych, których kryzys dotąd  nie zdążył dotknąć.
Dawniej w salonach mówiono wykwintnym językiem o sztuce, literaturze, muzyce i poezji. Teraz w salonach słychać rzeczy koszmarne: redukcje, bezrobocie, zafantowane meble, zaprotestowane weksle, obniżka płacy, samobójstwa i na pokrewne tematy.

W naszej kamienicy, w suterynach, zajmuje jedną izbę stróżowa Józefowa. Izba zatłoczona, służy również za stolarnię, bo mąż Józefowej stolarzem. Poza szafą, stołem, kilku krzesłami, stoją dwa łóżka i kotlina do gotowania. W izbie ciasno.
W jednym łóżku śpi Józefowa z mężem, w drugim jej matka z dwojgiem wnucząt. W dzień łóżko babci odnajmowane panince, dziewczynie lekkich obyczajów, dawniej ekspedientce sklepowej. W dzień, przy akompaniamencie piły i hebla, śpi sublokatorka, a nocą ugania się po ulicach Lwowa za źródłem dochodu.
W sobotnie wieczory Józefowa urządza w swej izbie zabawy taneczne. Meble pospychane w kąt, w ruch idzie gramofon i zaproszeni tańczą do rana, a Józefowa raczy gości wódką, piwem, kiełbasą z musztardą i chlebem. Zatłoczona izba unosi opary alkoholu i kłęby dymu lichych gatunków papierosów.

Na widok życia ludzi biednych, mieszkających w suterynach, ogarnia mnie uczucie litości, ale z drugiej strony dostrzegłam, że ludzie ci są zadowoleni i szczęśliwi. Poza jedzeniem i rozrywkami, innych potrzeb nie odczuwają.

Prócz stróżowej Józefowej w suterynach mieszka, również w jednej izbie, krawiec nazwiskiem Kurek. Nie tęgim jest fachowcem, to też w domu panuje niedostatek.
Kurek potrzeby domu łata, jak może, nawet trzyma dwie kury. W dzień przywiązuje kury za nogi na długich sznurkach do ramy okiennej, aby na ulicy szukały pożywienia, zaś na noc zabiera kury do mieszkania.
Jakiś psotnik przeciął sznurek i kura poszła na flankiery, a dzieciarnia pod oknem Kurka wołała: „Kurka pana Kurka uciekła”.
Mimo niepowodzeń życiowych, Kurek miał szczęście do dzieci. Tym razem żona powiła bliźnięta.
Stróżowa Józefowa zaczepiła Kurka.
-Panie Kurek, cóż pan robi? Kto widział na takie ciężkie czasy bliźnięta?
-Może Bóg da, że nie będą się chować?- powiedział Kurek.
Istotnie, po kilku dniach niemowlęta zmarły.

Te wielkie różnice społeczne rażą mnie. Na ulicach wystają bezrobotni, wielu wyeksmitowano z mieszkań za nie płacenie czyszu, a ta smierć niemowląt Kurka daje mi wiele do myślenia. Z drugiej strony widzę ludzi żyjących w dobrobycie, ale ta warstwa nie chce widzieć nędzy swych bliźnich.

Ojca reaktywowano. Zaproponowano mu stanowisko komendanta miasta, ale odmówił. Uzasadnił: „Komendantem miasta może być każdy oficer bez studiów”.

czwartek, 25 listopada 2010

Mrówka.


Lato 1929 rok. Na moją propozycję tegoroczne lato spędzimy w Radłowicach na majątku państwa Barańskich. Przypomni to, zwłaszcza ojcu, te beztroskie lata spędzone w Woli Starej, otoczonej wzgórzami, urwiskami i lasami bukowo-jodłowymi.
Dworek w Radłowicach miły, położony w parku. Mamy do dyspozycji kort tenisowy, samochód, konie, a wokoło otacza nas wspaniały krajobraz. Najmilsze są jednak wieczory przy lampie naftowej.
Po kilku dniach przyjechał Mietek. Przywiózł mi piękny futerał, komplet przyborów do manicure.
Pogoda dopisuje, warunki dobre, przyjazd Mietka umila mi wakacje.
Państwo Barańscy mają parę ostrowłosych terierów. Piesek Cikuś, suczka Jula, a szczenię Mrówka. Od rana do wieczora pieszczę Mróweczkę. Ma jedno oczko w różowej oprawie, drugie w czarnej. Robi wrażenie, że jedno oczko ma mniejsze.
Pan Barański podarował mi Mrówkę, ale rodzice nie są zdecydowani, czy zabrać Mrówkę do Lwowa.
W dniu wyjazdu mama zadecydowała, aby Mrówki nie brać. Umotywowała tym, że psinie będzie w mieście źle, a nam przysporzy kłopotów.
Walizki spakowane, tylko je zamknąć. Mietek poszedł do swego pokoju, aby zamknąć walizkę. Wtem zauważył w walizce podejrzany ruch. Odchylił garderobę i zastał śpiącą Mróweczkę. Gdy mama to zobaczyła, powiedziała:
-To będzie wierna psina, jej los przesądzony.
Dziadzio Barański przyniósł obrożę, wyśliskał Mrówkę, mówił:
-Mróweczko, tyś wygrała dolarówkę.
Mróweczka była wierną, nieodstępną przyjaciółką. Była moją powiernicą i towarzyszyła nam wszędzie.

Po wakacjach nalegałam, aby Mietek porzucił posadę i kończył studia, tym bardziej, iż czeka go służba wojskowa.
Mietek opuścił posadę i kontynuuje studia.
Z wiosną 1930 roku Mietek ukończył studia, uzyskał dyplom i tytuł magistra filozofii.
W czerwcu pojechaliśmy na wakacje do Radłowic. Mietek smutny, ma powołanie do wojska, do Rawy Ruskiej. Czeka nas rozłąka. Na spacery chodzimy razem i snujemy plany naszej przyszłości.
W ostatnich dniach sierpnia pożegnałam Mietka. Odjeżdża, by spełnić obowiązek wobec ojczyzny.
Okres rekrucki potrwa 6 tygodni. W tym to czasie niedzielne urlopy nie obowiązują. Codziennie otrzymuję długie listy, przeżywam z Mietkiem jego radości i jego troski.
We Lwowie są targi wschodnie. Nie wezmę w nich udziału. Przyrzekłam Mietkowi, że bez niego nie pójdę do kina, teatru, ani na bal. Siedzę w domu, czytam książki i żyję jego listami.
Po 10-ciu dniach rozłąki, ktos ostro zadzwonił. Przyjechał Mietek z podchorążówką zwiedzać targi i wstąpił na godzinę.
Po okresie rekruckim, Mietek przyjeżdżał co niedzieli, więc czas szybko schodził, a dni płynęły wartko.

sobota, 20 listopada 2010

Dwa pierścionki.


Wiosna 1928. Idę na spotkanie z Mietkiem. Na ulicy Piekarskiej dobiegł mnie kolega z Akademii Handlowej i pozwolił sobie towarzyszyć mi. Z daleka spostrzegłam Mietka, podałam koledze rękę, powiedziałam:
-Żegnam kolegę.
Mietek zachmurzony. Wyjaśnienie moje przyjął bez słowa. Dopiero wesoły film przywrócił humor.
Wracamy z kina ulicą Piekarską. W pewnym momencie Mietek przystanął, spojrzał na wystający murek, powiedział:
-Niosłem dla ciebie dwa bukieciki konwalii, ale gdy ujrzałem, że idziesz z innym, położyłem je na tym oto murku.

Maj 1928 tętni życiem. Drzewa w parkach pokryte liściem, kwitną bzy te jasno-niebieskie i bzy tureckie, ciemno-niebieskie. Słodko pachną konwalie, a serce ogarnia tęsknota do wiosny życia. Mego życia.
Okna pokoju mego otwarte na oścież, słońce igra po fasadzie kamienicy, a ptaki tkliwie szczebiocą.
Mietek przyszedł wcześniej niż zwykle. Po przywitaniu wyjął z kieszeni pudełeczko jubilerskie. Wręczył mi, powiedział:
-To dla ciebie.

Otrzymałam pierścionek z brylantem. Mietek nałożył mi pierścionek na palec. Byłam szczęśliwa dowodem jego miłości.
Do pokoju wszedł ojciec. Powiedziałam : „Patrz tatko, co otrzymałam od Mietka”- pokazując pierścionek.
Następnego dnia poszłam z ojcem do sklepu jubilerskiego Jarzyny, przy ulicy Akademickiej. Do ojca podszedł Jarzyna i zapytał o usługę, a ojcie cpowiedział:
-Córka otrzymała od narzeczonego pierścionek. Wypada jej zrewanżować się.
-Doradzam szafir, oprawiony w 18-to karatowe złoto.
Nabyliśmy szafir, Mietek pokazał pierścionek swej matce, córce jubilera z kijowa. Powiedziała:
-Nie mam mu nic do zarzucenia.

Kilka dni później odwiedziłam koleżankę Stasię. Pokazałam jej pierścionek, a obecna jej matka powiedziała:
-Pierścionek śliczny, ale brylant przynosi łzy.
Słowa te nurtowały w moim umyśle, nie dawały mi spokoju.
Mama i ciotki były zachwycone brylantem, zwłaszcza jego czystością.

Pod koniec czerwca pojechałam z mamą do Zagórza, położonego na podkarpaciu. Stoki gór pokryte zielenią, niziny porosłe bujną trawą, ubarwioną czerwienią rozkwitłych kwiatów podgórskich. Zrywam kwiaty, podziwiam ich subtelność i barwę.
W połowie wakacji spakowałam rzeczy i powróciłam do Lwowa, by być razem z Mietkiem. Szkoda każdego dnia, bo dni stracone nigdy nie powrócą.

Ukończyłam Akademię Handlową. Postanowiłam poślubić Mietka, by korzystać z życia.
Mietek dobrze zarabia. Zasypuje mnie słodyczami i chodzimy do kina. Pragnę, aby to beztroskie życie trwało jak najdłużej.

Ojciec przeszedł na emeryturę. Kochał Kadetów, pragnął, by wyrośli na wartościowych Polaków, ale cóż, polityka potężniejsza.
Ojcu z miejsca zaoferowano stanowisko dyrektora prywatnego gimnazjum Kistrina oraz lekcje języka polskiego w gimnazjum Olgi Filipi.
Byłam przyzwyczajona do ojca w mundurze. W ubraniu cywilnym wygląda za przystojnie. Ojciec w skrytości przeżywa przejście na emeryturę. Często powtarza:
-Quem dii odero, paedagogum fecere.

Mietek dalej pracuje. Często wyjeżdża w teren dorabiając dietami. Nawet zdał egzamin techniczny.
Na ulicy Stryjskiej ojciec spotkał Mietka idącego pod rękę z młodą niewiastą. Złożył ojcu ukłon i spiekł raka.
Po raz trzeci Mietek zranił me serce. Obdarzyłam go miłością i zaufaniem, a on nadużył mego zaufania. Zapałałam zemstą, a kiedy ochłonęłam, postanowiłam zaczekać do wieczornego spotkania.
Wieczorem przyszedł Mietek. Zauważywszy moje zmartwienie, wyjaśnił:
-Odprowadzałem koleżankę z biura.
Po krótkiej przerwie dodał z uśmieszkiem:
-Ona się truła.
-Dla ciebie?- zapytałam.
-Ona mnie nic nie obchodzi- powiedział Mietek.
Mietkowi wybaczyłam postępek ten, bo kocham go. Cóż jest temu winne moje kobiece serce?
Tematu tego więcej nie poruszałam, a przeprosiny puściły zajście to w niepamięć.
Nakłaniałam Mietka, by porzucił posadę i kończył studia.


środa, 17 listopada 2010

Rozrywki damskie, rozrywki męskie.


Jesien 1927. Uczęszczam do Akademii Handlowej. Dziedzina handlu interesuje mnie, choć nikt z przodków handlu nie uprawiał. Z zainteresowaniem wnikam w tajniki księgowości, produkcji, handlu, w popyt i podaż.
Mietek oczekuje mnie przed Akademią i odprowadza do domu.
Tegoroczna jesień słoneczna. Spacerujemy w Parku Stryjskim i snujemy miraże o przyszłości, a w dni słotne chodzimy do kina.

Styczeń 1928. Mecenasostwo Argasińscy urządzają bal. Jestem zaproszona z rodzicami. Na bal mógłby pójść Mietek, ale nie posiada smokinga.
Na ulicach Lwowa szaleje zadymka śnieżna. U wylotu Piekarskiej stoi nędznie odziany żebrak i wyciąga rękę po jałmużnę. Jedziemy dorożką konną, szeleszczą jedwabie, paruje francuska perfuma crepe de chine. Ominęliśmy żebraka, jak omija go wielu innych. „Dziwne są te różnice społeczne”- pomyślałam.

Salony państwa Argasińskich toną w świetle. Posadzki pokryte dywanami perskimi, a ściany zdobią oryginalne obrazy, dzieła znanych mistrzów pędzla. W wazonach ścięte kwiaty, róże, bzy i konwalie, choć na dworze panuje zima i mróz.
Wynajęty pianista ożywiał klawiaturę. Goście tańczyli, spijali wina i likiery.
Podczas wieczerzy stół zastawiony nowalijkami: młode ziemniaki, świeże ogórki, rzodkiewki i inne, a w kryształowych kloszach kusiły południowe owoce.

Po wieczerzy toczono rozmowy na aktualne tematy, szczególnie o teatrze i literaturze.
Cóż za dziwny konwenans, aby w domu prywatnym obowiązywał smoking. Chyba nie pojmuję życia towarzyskiego, albo generacja starsza oszukuje siebie uważając, że tak będzie im dobrze.

Wiosna za pasem. Życie polityczne ożywione. Opozycja do rządku marszałka Piłsudskiego rośnie. Ci, którzy liczyli na awans, kredyty, są niezadowoleni. Ojciec zdenerwowany. Po kawiarniach krążą wieści o przesunięciach w armii. Wielu oczekuje kapeluszy, zwłaszcza mniej prorządowi

Z Korpusu powrócił ojciec, był uradowany. Zastanawia mnie przyczyna tej wesołości.
Zasiedliśmy do stołu i cierpliwie czekam na wynurzenie sensacji.
Po zupie ojciec powiedział:
-Mam dla ciebie dobrą nowinę. Dzisiaj był u mnie Prezes Sądu Hawel, pytał o ciebie. Oświadczył, jak tylko ukończysz Akademię, otrzymasz u niego dobrze płatną posadę z pensją ponad 200 złotych.
Nastała cisza. Po namyśle powiedziałam:
-Jak to ja, jedynaczka, córka dyrektora nauk, mam zajmować posadę? Tak dobrze płatna posada będzie pomocną dla niejednej z moich koleżanek, których rodzice są źle usytuowani. Stanowczo płatnej posady nie przyjmę.
Ojciec pochwalił mnie, rzekł:
-Masz rację.

Mietek wygląda źle. Oczy ma zaczerwienione, a twarz zdradza niewyspanie. Nocami wysiaduje w kawiarni Szkockiej i grywa w karty. Jego nocny tryb życia martwi mnie. Już raz przegrał większą sumę w karty, wyznał swej matce, otrzymał pieniądze i wyrównał honorowy dług karciany. Przyrzekł zaniechanie hazardu, ale słowa nie dotrzymał. Znowu przegrał w karty, choć przysiągł matce, iż kart do rąk nie weźmie. Matka dała mu złoty zegarek, wysadzany brylancikami, aby wyrównał dług.

I tym razem słowa nie dotrzymał. Matka dalszych pieniędzy na uregulowanie długu karcianego odmówiła. Mietek zapytał matkę, co ma zrobić, a matka powiedziała:
-Powieś się.
Mietek był blady, smutny, drżały mu ręce, a głos zdradzał zdenerwowanie.
„Niedobrze”-pomyślałam.
Na moje naleganie wyjawił przyczynę zdenerwowania. Poszliśmy do mojej mamy i przedstawiłam tarapaty Mietka. Mama bez słowa podeszła do nocnej szafki, wyjęła pieniądze i wręczyła Mietkowi. Powiedziała:
-Odda mi pan, kiedy będzie mógł.
Tarapaty Mietka doszły jego matkę chrzestną Franciszkę Wlasicsową. Uprosiła męża, kierownika Urzędu Miar i Wag, by uplasował Mietka na posadzie.

niedziela, 14 listopada 2010

Miłosne rozterki.


W tydzień po maturze wyjechałam z rodzicami do letniej stolicy Polski-Krynicy. Podróż odbyliśmy w przedziale II klasy. Zajęłam miejsce przy oknie, obserwując krajobraz Polski.
Nigdy nie patrzałam na świat takim okiem, jak dzisiaj. Podziwiałam przyrodę, jej piękno i wspaniałość. Przecież jestem dojrzałą umysłowo.
Wioski pogrążone w błogiej ciszy. Wokół zabudowań kury rozgrzebują stwardniałą powierzchnię ziemi, a kwoki oprowadzają kurczęta, wprowadzając w tryb życia.
Z oddali, znad strumyka, którego brzegi porosłe starymi wierzbami, słychać smętne melodie ludowe, wygrywane przez pastuszka na fujarce.


Lokomotywa mknie zawzięcie. Ojciec czyta dzienniki, a mama „Światowida”. Mnie interesuje przyroda. Dość mam książek. Umysł spragniony odpoczynku.
Pod wieczór stanęliśmy w Krynicy. Panuje niebywały ruch. Na deptakach rewia mód, towarzystwo wykwintne. Przeważają panie, ogorzałe od słońca przy pomocy kremów, a woń perfum zmieszana z zapachem lata. Wszędzie grają orkiestry, tańczą, wre życie, ludzie używają dnia. W Krynicy zapomniano o troskach i kłopotach. Twarze letników roześmiane i rozbawione.
Niebo czyste, jak łza. Z góry parkowej obserwujemy szczyty Tatr, a w dni upalne jedziemy do Żegiestowa, gdzie zażywamy kapieli w Popradzie, zaś w dni chłodne odbywamy wycieczki.
W Krynicy przebywają kadeci z Lwowskiego Korpusu. Uczęszczam z rodzicami na dancingi, tańczę z kadetami, ale myślą jestem przy Mietku.
Codziennie piszę do Mietka listy. Opisuję, jak spędzam wakacje i zachęcam go do przyjazdu do Krynicy.
Rano, po śniadaniu, wyczekuje listonosza. Czekam na list od Mietka, by następnie pójść na spacer.
Idzie listonosz. Wybiegam mu naprzeciw i pytam o list.
-Jest, proszę panienki, ze Lwowa.
Podziękowałam za list i poszłam do ogrodu. Usiadłam na ławeczce, rozcięłam kopertę, wyjęłam list i czytam:

„Ja też chodzę na dansingi, też się dużo bawię i dużo czasu spędzam w towarzystwie dziewczynek.
W Parku Stryjskim cudnie. Upajająco pachną kwitnące drzewa i tam doskonale bawię się z dziewczynkami. Szczególnie podoba im się mój pokój w willi. Z terasy obserwuję z nimi do północy światła neonów”.

Zmięłam list, by zniszczyć, ale gdy fala oburzenia minęła, postanowiłam list zachować.
Po ochłonięciu poczęłam na zimno analizować list Mietka. On nie zna szczerości, wyrósł w innej atmosferze, atmosferze nieszczerości. W wyobraźni jego powstała podejrzliwość i zazdrość, a te zrodziły u niego zemstę i dokuczliwość. Postanowiłam nie odpisać.
Twarz moja posmutniała. Rodzice zamęczają mnie pytaniem: „Co ci jest, może ci coś dolega”?
Po raz drugi Mietek zranił me serce. Podświadomie zapragnęłam zemsty, ale zemsta nie leży w mojej naturze. Chcę zapomnieć... nie mogę. Uczęszczam na dancingi, tańczę z kadetami, ale kocham Mietka.
Czekam na list od Mietka. Może odwoła, przeprosi, napisze, że to nie prawda.
Minął tydzień. Nie napisał. Widocznie nie kocha mnie. Mimo to, nijak nie mogę wyrwać z serca uczucia do Mietka.

Wakacje dobiegają końca. Powróciliśmy do Lwowa, ale zgryzota dalej targa me serce, tym bardziej, że Mietek unika mnie na ulicy.
Po dwóch miesiącach mama oświadczyła:
-Słuchaj Ewuniu, jutro na godzinę 12-tą poprosiłam Mieczysława do siebie”.
Byłam uradowaną i podekscytowaną, ale w głębi duszy wyrażałam obawę, czy zechce w ogóle przyjść.
Niedziela. Punktualnie o godzinie 12-tej słyszę dzwonek. Jestem podniecona, poszłam do swojego pokoju i z niecierpliwością oczekuję wyniku rozmowy mamy z Mietkiem.
Po kilku minutach mama weszła do mego pokoju i poprosiła mnie do salonu. Mama wręczyła Mietkowi zapieczętowany list, który pisał do mnie do Krynicy i ze spokojem powiedziała:
-Ponieważ listy pana dziwnie denerwowały Ewę, wobec tego uradziliśmy z mężem, aby ich Ewie nie oddawać”.
Mietek z usmiechem wziął list z rąk mamy i wręczył mnie. Powiedział:
-Proszę, ten list jest dla ciebie.
Po odejściu Mietka zaszłam do swego pokoju, rozcięłam kopertę i czytam:

„Treść poprzednich listów proszę mi darować. Kierowała mną zazdrość, ponieważ stale pisałaś, że chodzisz na dansingi. Wróć taka sama”.
List pocałowałam, a do mamy poczułam żal.
Między Mietkiem a mną zaistniały poprawne stosunki.



czwartek, 11 listopada 2010

Polityka i trudna miłość.

Maj 1926. Ogrody i parki w kwieciu, niebo lazurowe, powietrze łagodne, ciepłe.
12 maja w kasynie oficerskim była herbatka z tańcami. Ponieważ ojciec uległ przeziębieniu, pojechałam na herbatkę z mamą. Przygrywał świetny zespół orkiestry wojskowej i tańczono modne tanga.
Około północy podszedł do mamy pułkownik Żebrowski i szeptał mamie do ucha. Z urywków rozmowy usłyszałam: „Tam leje się krew bratnia i lecą granaty, przerywam zabawę”.
Wdziałyśmy płaszcze, pułkownik odprowadził nas do powozu, a jako eskortę dał podoficera, polecając odstawić nas do domu.

W powozie mama milczy, twarz jej blada, przeżywa zdenerwowanie.
Nie miałam odwagi zapytać o przyczynę, tym bardziej, że obok stangreta siedział podoficer.
Powóz przystanął przed naszą kamienicą. Tu i ówdzie w oknach migocą światła. Mama dała stangretowi napiwek, nerwowo otwierała bramę i prawie biegiem podążyła na drugie piętro.
Wśród głuchej ciszy nocy, słychać było nerwowy zgrzyt otwieranych i zamykanych drzwi.
Mama wbiegła do sypialni ojca i poinfomowała go o tym, co zaszło w Warszawie. Ojciec wstał, wdział bonżurkę i podszedł do telefonu, by zaczerpnąć wieści u pułkownika Żebrowskiego.
Nazajutrz Lwów został zelektryzowany wypadkami w Warszawie. Młodzież akademicka manifestowała na cześć prezydenta Wojciechowskiego. Zdania w sferach wojskowych były podzielone. Niektórzy uważali rebeliantów za nic znaczący aglomerat, który rychło popadnie w dysolucję. Ojciec stał na stanowisku, że konstytucja jest suprema lex i należy jej oddać bezwzględny posłuch.
Zwyciężył marszałek Józef Piłsudski. W sferach wojskowych nastąpiło uspokojenie.

Przyjaźń z Mietkiem rośnie. Zaopatruje mnie w lekturę zasadniczo zakazaną przez rodziców. Znając mamę, wyczuwam jej niechęć do Mietka. Na to zaistniało wiele przyczyn.
Zaliczam siebie do grona młodzieży postępowej, wyznającej ideę demokratyzmu. By Mietka nie wprowadzić w kolizję, ograniczyłam spotkania w domu, a korzystamy z ogrodów publicznych i kina.

Jesienią 1926, generał Władysław Sikorski pożegnał Lwów. Był u rodziców z wizytą pożegnalną. Ojciec cenił walory generała,jako doświadczonego stratega. Uważał, że wypadki majowe, pociągną za sobą zmiany w armii.
Na dowódcę Okręgu Korpusu wyznaczono generała Popowicza.
Nazajutrz po objęciu stanowiska dowódcy, generał Popowicz zatelefonował do ojca i zapowiedział wizytę.
Przed wizytą generała, ojciec przeniósł srebrną plakietkę z podobizną marszałka Piłsudskiego z jadalni do salonu, bowiem generał Popowicz był starym legunem.

Długo czekał samochód dowódcy Okręgu Korpusu przed naszą kamienicą. Generał Popowicz żywo dyskutował z ojcem zaistniałe problemy polityczne i popijał czarna kawę z plasterkami cytryny.
W sferach wojskowych wybuchła sensacja, że generał Popowicz, jako pierwszemu złożył wizytę ojcu. Nawet Mietek, będąc nazajutrz u nas, spojrzał na plakietkę marszałka. Powiedział: „Mamy zmianę dowódcy Okręgu Korpusu”.

Wiosna rok 1927. Ciepłe wiatry osuszyły ulice. Z przyjemnością spacerowaliśmy po bocznych ulicach Lwowa, a kiedy nastała szarówka, Mietek odprowadzał mnie do domu.
Stoimy u bramy kamienicy. Nagle zza węgła domu wyszła mama. Podeszła ku nam, wręczyła Mietkowi książkę, powiedziała:
-Niech pan będzie tak łaskaw nie dostarczać podobnej lektury. Odprowadzać jej też nie trzeba. Ewa ma rodziców.
Mietek poczerwieniał, jak rak. Zdjął czapeczkę, ucałował rękę mamy i zdławionym głosem wyszeptał:
-Spełnię życzenie.
Mietek pożegnał mnie i odszedł.
Mama zasępiona. Idąc po schodach rozmyślałam: „Przecież czytałam Pittigriliego, Alraunę i inną zakazaną lekturę. Widocznie mama pragnie, bym zerwała przyjaźń z Mietkiem”.

Podniosłam skargę wobec ojca, ale ojciec w sprawie tej nie zajął stanowiska, poszłam więc z płaczem do babci.
Babcia wysłuchała, pogłaskała mnie po głowie, orzekła:
-Jak on cię prawdziwie kocha, uwaga mamy nie zrazi go.
Po czym babcia zaszła do mamy i odbyła długą rozmowę.
Nazajutrz, po zajściu tym, gdy wracałam z gimnazjum, oczekiwał mnie Mietek. Umówiliśmy spotkanie.
Po zajściu z mamą nawiedziło mnie złe przeczucie i ogarnął dziwny lęk. Nigdzie nie mogłam zagrzać miejsca, bo wszystko denerwowało mnie.
Z przedpokoju słyszę dzwonek. Czyżby przyszedł Mietek?
Wszedł ojciec. Z miejsca powiedział:
-Na Akademickiej spotkałem Mieczysława w towarzystwie jakiejś damy w czarnym futrze, z czerwonym kwiatem.
„Zapewne była to znajoma jego rodziców”-pomyślałam.
Nazajutrz po południu, idąc z mamą placem Bernardyńskim, spotkałyśmy Mietka w towarzystwie damy w czarnym futrze. Mietek poczerwieniał, złożył ukłon i poszedł dalej.
Mama potraktowała spotkanie Mietka, jako coś nieistniejącego, ale widząc moje zmieszanie, przystanęła przed wystawą sklepową z bielizną damską. Pragnęła odwrócić uwagę moją od tego spotkania. Ale umysł mój zaprzątała owa dama w czarnym futrze.
Nie wiedziałam, jak postąpić? Czy pójść na dzisiejsze spotkanie z Mietkiem, czy też znajomość z nim potraktować, jako przebrzmiałą. Ale postąpiłam inaczej.
Mietek, ze łzami w oczach wyjaśnił, że ta młoda brunetka to mężatka,  a on nie chcąc być niegrzecznym, odprowadza ją do domu.
Wyjaśnienie przyjęłam do wiadomości, ale odtąd począwszy, uczucie moje do Mietka uległo oziębieniu. Doszłam do przekonania, że Mietek nie uczciwością z głębi serca, tylko frazesami oplata idealizm, mając na uwadze swój czysto osobisty cel, toteż następne spotkanie odłożyłam, uzasadniłam brakiem czasu w związku z maturą.
Następnego dnia znowu spotkałam Mietka w towarzystwie owej damy w czarnym futrze. Złożył ukłon i poczerwieniał, jak rak.

Powróciwszy do domu, zaszłam do swego pokoju i płakałam. Obdarzyłam go prawdziwym uczuciem, wierzyłam w idealną miłość, ale spotkał mnie zawód.
Nazajutrz, około południa, przybiegł umyślny posłaniec z fiołkami i wizytówką Mietka. Napisał: Ewo! Wybacz mi”.
Z nastaniem szarówki poszłam na umówione spotkanie. Mietek wyraził żal. Zapewnił, iż było to jego ostatnie spotkanie. Ze łzami w oczach wyjawił
-Gdym ciebie spotkał wczoraj na Akademickiej, serce me ogarnęło przygnębienie. Miałem zamiar biec za tobą, ale zabrakło mi sił. Poszedłem do kina. Artystka była podobna do ciebie, a treść filmu, jak gdyby wyjęta z naszego życia. Po seansie ogarnął mnie serdeczny żal. Całą noc objawiałem skruchę, tęskniłem do ciebie. Błagam cię Ewo, wybacz mi.
Pochylił głowę. Pocałowałam go i przebaczyłam.

27 maja 1927. Lwów tonie w zieleni, tryska wiosną, a dla mnie zapanowała wiosna mego życia-matura.
Po południu zatelefonowałam do Mietka. Serdecznie pogratulował mi. Przybył z gratulacjami mój ojciec chrzestny, profesor Uniwersytetu, Dr Franciszek Smolka. Przyniósł jako upominek pieczątkę listową, oprawioną w półszlachetnym kamień, z wyrytymi moimi inicjałami.


wtorek, 9 listopada 2010

Bal z generałem i szkolna niesprawiedliwość.

Na dworze wiosna, kwitną bzy, zielenią trawniki, a drzewa okrył jasnozielony liść. My przeżywamy wiosnę w moim pokoju, którego okna wychodzą na ogrody Klimowicza.
W domowym zaciszu szeptaliśmy słodkie słowa o miłości, a gdy miłość oplotła nasze serca, a oknami wiosna wtłaczała miły powiew, Mietek złożył na moim lewym policzku pocałunek. A kiedy nie zaoponowałam, chwycił mnie w swe ramiona i ucałował.

W sobotę poszłam z rodzicami do Korpusu Kadetów na bal. Salę udekorowali kadeci. Udział w balu wziął dowódca Okręgu Korpusu, generał Władysław Sikorski. Zajął miejsce przy naszym stole.
Sukienka moja była z białego tiulu na żółtym jedwabiu. Kadeci tańczyli w białych rękawiczkach i lakierkach. Robili imponujące wrażenie. Przecież stanowią kwiat młodzieży polskiej.
Bal zainaugórowano polonezem. Nie pauzowałam ani jednego tańca.
Pani Żebrowska i mama toczyły z generałem Sikorskim dyskusję polityczną. Mnie zaś interesowali kadeci, pochodzący z dobrych środowisk społecznych. Co prawda, znam Mietka, ale znajomości tej nie uważałam za ostateczny cel w moim życiu. Osobiście uwagę zawsze skupiałam na chłopcach w mundurach.
Pani Żebrowska i mama politykowały z generałem, a ja tańczyłam.
Z tej całej dyskusji utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, wypowiedziane przez generała: „Mnie nie stać na pesymizm”.


Z nauczycielką języka niemieckiego Hobrzyńską, przezywaną przez nas „Hobza”, pisałyśmy zadanie. Hobza przeglądała zeszyty i stawiała stopnie. Gdy ukończyła przeglądanie zeszytów, wstała i poczęła przerzucać zeszyty. Odłożyła dwa zeszyty i porównała je. Po chwili stuknęła długim, czerwonym ołówkiem o katedrę, popatrzyła na nas badawczym wzrokiem i powiedziała:
-Zaszedł dziwny wypadek. Dwie uczennice, nie siedzące obok siebie, jedna w pierwszej ławce, druga w ostatniej, napisały identyczne zadanie.
Zapytała:
-Która od której odpisała? Zadanie dobre, ale ta, która odpisała, otrzyma niedostatecznie.

Siedziałam w pierwszej ławce. Pomyślałam, jak to możliwe, aby jedna od drugiej odpisała?
Hobza wyczekała chwilę, po czym zapytała:
-Przyznajcie się Wojakowska i Fischer.
Wstałam. Byłam zdziwiona tym obwinieniem, nie wiedząc w jaki sposób zareagować, kiedy koleżanka, Żydówka Fischer zasypała nauczycielkę potokiem słów:
-To Wojakowska odpisała ode mnie. Ja przygotowałam zadanie w domu na brudno i oddałam koleżance z wyższej klasy do przejrzenia i poprawienia. Koleżanka oddała zadanie jednej z naszej klasy, ale nie wiem, której. To pewno Wojakowska wzięła moje zadanie, a ja znałam je na pamięć i dlatego zadania są jednakowe.
Zamierzałam odpowiedzieć, ale Hobza bez wysłuchania mnie, zawyrokowała:
-Proszę siadać. Wojakowska otrzyma niedostatecznie, a Fischer dobrze.
Nauczycielka wręczyła nam zeszyty, otrzymałam niedostatecznie. Popadłam w płacz.
Wśród koleżanek powstał szmer...”Jeśli Ewa płacze, znaczy, że posądzono ją niewinnie. Ona na pewno miałaby tę cywilną odwagę, by wyjawić prawdę, gdyby istotnie była winną.”
Koleżanki, po nitce do kłębka, doszły do sedna, że Fischer i ja odpowiedziałyśmy na pytanie zawarte w książce pod tekstem tematu.
Podczas następnej lekcji, nauczycielka wywołała mnie przed katedrę i pogłaskała po głowie.
Powiedziała:
-Wojakowska, ja ciebie bardzo przepraszam, zrobiłam ci wczoraj przykrość. Matka, choć bardzo kocha swe dziecko, czasami musi je uderzyć. Nie miej do mnie żalu, podaj mi twój zeszyt.
Hobza przekreśliła notę „niedostatecznie” i wpisała „dobrze”.
Koleżanki bojkotowały Fischer. Byłam jedyną nie dając jej odczuć przykrości, jaką mi wyrządziła.