Pamiętnik Ewy”- taka przesyłka dotarła do Rodziny w latach 80-tych. „Oddać do rąk Janiny D”. Pomimo starań, nigdy nie udało się dotrzeć do adresatki. Pamiętnik budził emocje. Wspomina się tam miejsca i ludzi dobrze Rodzinie znane, gdyż Ewa okazała się odległą w czasie i przestrzeni kuzynką, mieszkającą gdzieś na Antypodach, z którą Rodzina straciła po wojnie kontakt. Pamiętnik przeleżał w szufladzie 30 lat. Nadszedł czas, aby podzielić się nim z Wami. Są to prywatne notatki, nigdy nie szykowane do publikacji, dlatego emocje w nich zawarte, często naiwne i patetyczne, są prawdziwe, a nie obliczone na efekt wstrząśnięcia czytelnikiem.

Zapraszam Was na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Naszym przewodnikiem będzie Ewa Wojakowska-dziewczyna, która prowadziła przed wojną normalne, beztroskie życie, zanim jej świat się rozpadł.

Przepisując Pamiętnik nie ingeruję w składnię zdań, ani w archaiczną pisownię wyrazów. Poprawiam jedynie literówki, interpunkcję, kolejność słów tam, gdzie zaznaczyła to autorka. Ilustracje pochodzą z zasobów internetu, lub z archiwów własnych. Wprowadziłam je jako dekorację, nie stanowią one elementu pierwotnego pamiętnika. Konwencja bloga wymaga nadawania tytułów postom. Również owe tytuły nie są częścią pamiętnika.

Informacja dla nowych czytelników:

Po prawej stronie znajduje się link do początku historii Ewy.

Przed skopiowaniem fragmentów pamiętnika na inne portale, prosimy o zwrócenie się o zgodę!

wtorek, 5 lipca 2011

Pamięci Stefanii Wojakowskiej.

12 maja 1962
Melbourne
Zgon zasłużonej działaczki.
Dnia 25 kwietnia br. społeczeństwo polskie w Melbourne dotknięte zostało bolesną stratą przez zgon śp. Stefanii Brochowicz Wojakowskiej.
W Zmarłej tracimy niezastąpioną działaczkę polonijną, która położyła ogromne wprost zasługi w rozwój polskiego życia kulturalno-społecznego, najpierw wśród polskich uchodźców w Indiach, a następnie w Melbourne.
Jej praca na terenie Związku Polaków w Wiktorii, Spółdzielni Domu Polskiego i teatru „Zachęta”, której podejmowała się zawsze z ochotą, nie zważając na podeszły wiek i słabnące siły, pozostanie na zawsze w pamięci tych, którym danym było kiedykolwiek z Nią współpracować.
Pogrzeb śp.Stafanii Brochowicz-Wojakowskiej, w którym poza najbliższą Rodziną wzięło udział grono przyjaciół i działaczy społecznych, odbył się dnia 27 kwietnia br. na cmentarzu w Carlton, w sąsiedztwie Domu Polskiego, w którym spędziła wiele czasu i poświęciła wiele sił dla pracy społecznej dla polskości.
Cześć Jej Świetlanej Pamięci.

W przyszłym numerze zamieścimy wspomnienie o Zmarłej, pióra Lecha Paszkowskiego.
 *****

Lech Paszkowski dla „Tygodnika Katolickiego”:
„Pani Wojakowska”

Panią Wojakowską spotkałem pierwszy raz 12 lat temu, na jednym z zebrań komitetu, gdy połączony Związek Polaków i Stowarzyszenie Polskie w Wiktorii wystawiły wspaniałą akademię 3 maja w ratuszu st. Kildy.
Przy pierwszym spotkaniu pani Wojakowska zrobiła na mnie wrażenie swym wykwintnym sposobem wyrażania się i melodyjną dykcją. Pomimo, że była już wtedy kobietą w podeszłym wieku, liczącą prawie 70 lat, wyglądała zawsze znacznie młodziej. Oczy jej rzucały żywe blaski, a umysł był niezmiennie świeży i obdarzony zdumiewającą pamięcią. Nigdy też prawie nie opuszczała Jej pogoda i wesoły uśmiech.

Wraz z pożegnaniem Pani Wojakowskiej odchodzi od nas żywa cząstka Lwowa, którego była dzieckiem i gdzie się ukształtowała, jako człowiek- Lwowa, któremu jako rodowity warszawiak składam przy każdej okazji hołd, Lwowa, będącego w Polsce porozbiorowej jednym z głównych ośrodków polskiego patriotyzmu i narodowej kultury.

Śp. Stefania Brochowicz Wojakowska urodziła się 25 listopada 1881 we Lwowie, jako córka Stanisława de Zaremby, profesora języka niemieckiego w gimnazjum w Kołomyi i Antoniny z domu von Kriesgshaber.
Po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Kołomyi, składała powtórnie maturę w tamtejszym gimnazjum Urszulanek. W nagrodę dziadek i wuj zawieźli ją do Wiednia, gdzie na balu dworskim, siedemnastoletnia Stefania została przedstawiona cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Następnie wstąpiła na Uniwersytet Lwowski, gdzie ukończyła polonistykę ze stopniem magistra. Dyplom ukończenia konserwatorium muzycznego we Lwowie dopełnił szerokiego wykształcenia. Pozyskała również biegłą znajomość francuskiego, niemieckiego, angielskiego, włoskiego i esperanto.
Wśród kolegów uniwersyteckich miała panna Stefania szereg wybitnych indywidualności, późniejszych profesorów uniwersytetu: Stanisława Kota, Juliusza Kleinera i Stanisława Łempickiego. Brała udział we wszelkich pracach patriotycznych społeczeństwa lwowskiego i w 75 rocznicę powstania listopadowego była redaktorem jednodniówki, zasilonej najlepszymi piórami. Przy tej okazji nawiązała kontakty listowne z Elizą Orzeszkową, Henrykiem Sienkiewiczem, Marią Konopnicką i bolesławem Prusem.

W 1907 panna Stefania wyszła za mąż za Franciszka Brochowicz Wojakowskiego, profesora polonistę, który za udział w obronie Lwowa otrzymał odznakę „Orląt”, a po wojnie był przez szereg lat dyrektorem nauk w lwowskim korpusie kadetów, w stopniu podpułkownika.

Jako młoda mężatka wykładała przez pewien czas w gimnazjum Urszulanek w Stanisławowie. W latach 1920-21 prowadziła świetlicę Białego Krzyża i po zakończeniu wojny została zaproszona do Belwederu, gdzie osobiście podziękował Jej za tę pracę Naczelnik Państwa Józef Piłsudski.

W okresie międzywojennym brała żywy udział w działalności lwowskiego „Kasyna Literacko-Artystycznego”, a dom państwa Wojakowskich był szeroko otwarty dla licznego grona muzyków, profesorów i oficerów. Sztuka i literatura były najczęstszymi tematami dyskusji i miesięcznych zebrań. W domu tym bywali między innymi: gen. Sikorski i prof. Smolka, znany egiptolog. Pani Wojakowska wkładała też dużo pracy w klub esperantystów i nawet otrzymała ze Szwajcarii nagrodę za wiersz w tym języku.

W grudniu 1939 mąż Jej został aresztowany i uwięziony w Brygidkach, a następnie zesłany do Rosji, gdzie zginął bez wieści. Pani Wojakowska została wywieziona z córką do Kazachstanu w kwietniu 1940. Początkowo pracowała w cegielni, ale szybko dano jej kierownictwo kursu muzycznego dla rosyjskich nauczycieli. Chora na tyfus, wyjechała z Wojskiem Polskim do Iranu w końcu 1942.

Przetłumaczyła z niemieckiego na polski kilka rozdziałów „Chirurgii polowej”, która ukazała się drukiem na Bliskim Wschodzie.
W grudniu 1943 wyjechała do Indii. Przebywała w Kalampur, a następnie była kierowniczką ośrodka dla dzieci w Penchgani. Uczyła też tam muzyki w Kimniens High School. Indie polubiła bardzo i często lubiła je wspominać.

Do Australii przybyła w roku 1946. Brała tu ciągły udział w polskim życiu społecznym. W Związku Polaków i Spółdzielni Dom Polski służyła nie raz radą i szczególnie zajmowała się młodzieżą. Jej znakomity, doskonale opracowany odczyt: „O sztuce czytania” powtórzony dwukrotnie, był jednym z najlepszych, jakie słyszało Melbourne.
W okresie rozwoju „Grona Młodych” przy Związku Polaków, dom jej rodziny był w latach 1952-53 miejscem pięknych wieczorów dyskusyjnych dla studentów i młodzieży polskiej. Z tego to okresu pamiętam „Deszcz jesienny” Staffa w wykonaniu Halinki Juszczykowej, melodeklamacja przy akompaniamencie i w opracowaniu pani Wojakowskiej-niezapomniane przeżycie. Akompaniowała też często przy inscenizacjach teatru amatorskiego „Zachęta”.
W Australii utrzymywała się dając prywatne lekcje muzyki. Nigdy też nie chciała korzystać z zapomóg rządowych. I odeszła z gościnnej ziemi australijskiej, jako obywatelka Rzeczypospolitej Polskiej.
Cześć Jej Pamięci!
 *****

Stefania Brochowicz Wojakowska z Zarembów.
Zasłużona działaczka na polu pracy kulturalno-społecznej wśród Polaków w Melbourne, zmarła dnia 25 kwietnia 1962 roku.
Po nabożeństwie żałobnym w kościele St. Carthage w Parkville pochowana na General Cementry w Carlton.
Nabożeństwo za spokój duszy zmarłej odprawione zostanie w kościele św. Ignacego w Richmond, w niedzielę dnia 12 maja br. o godzinie 12.00.
Wieczny odpoczynek racz Jej dać Panie.
Rodzinie śp. Stefanii Brochowicz Wojakowskiej, a przede wszystkim pani Marii Piątkowskiej i p. Franciszkowi Gonczyńskiemu składamy wyrazy szczerego i głębokiego współczucia.
Związek Polaków w Wiktorii.
Sydney- „Wiadomości Polskie”, 20 maja 1962

sobota, 4 czerwca 2011

Prywatny bilans wojny.

U wybrzeża zatoki rozścielili maty wyznawcy islamu, biją pokłony Allahowi, boć on stworzył ziemię. Na poręczy siedzą mazdajanie, zanoszą modły do Ahura Mazdy, dziękują za wodę, bo ona żywi rośliny, a te żywią człowieka. Na wale ochronnym siedzą sikhowie z długimi brodami, wielbią guru Nanaka za jego nauki pojmowania wielkości Brahmy i Allacha, a tuż za nimi siedzą dżajnisi. Zanim usiedli, wpierw miotełkami odgarnęli miejsce, aby przypadkiem nie usiąść na owadzie, bo tak nakazuje im prawo ahinsa. Wyznawcy Buddy również czczą wodę, a ci z tilakami na czole, to wyznawcy sekty Ramanuga. Biją pokłony stwórcy, że stworzył wodę i ziemię. Nie brakuje Chińczyków. Palą w mosiężnych naczyniach ogień i wielbią Kung- fu- tse. Wśród tego konglomeratu widać Hindusów, czczą Brahmę, boć on ojcem wszystkich bogów.

W pierwszy dzień wielkanocy, wczesnym rankiem, wynajęliśmy motorówkę „Mahomet” i popłynęliśmy na wyspę Elephanta. Dzień był słoneczny, jak z resztą każdy dzień w Indiach. Motorówka sfatygowana, ale motor pracował sprawnie. Opodal Gate of India weszliśmy do motorówki. Zabraliśmy ze sobą wody sodowej, lemoniady, konserw i chleba, a Rustom dorzucił butelkę rytualnej wódki.
Dwóch mahometan w czerwonych fezach odepchnęło motorówkę długimi drągami od brzegu, poszedł w rych motor i „Mahomet” popłynął po tafli spokojnego Morza Arabskiego, omijając liczne żaglówki, statki handlowe i pasażerskie. Zatoka zatłoczona jest zakotwiczonymi statkami handlowymi. Opływamy różne wysepki i po godzinie dobijamy do wyspy Elephanta, dawniej zwanej Gharapuri lub Girpuri. Oznacza to miasto na wzgórzu. 

Linami przyciągnięto motorówkę do mola, po czym zeszliśmy na wyspę.. Wybrzeże pokryte jest gajami figowymi. Figi jeszcze nie dojrzałe. Schodami zdążąmy na szczyt góry, gdzie w skałach wykuto świątynię hinduską. Stoki gór zalesione drzewami bawełny i akacją, która dopiero zakwitnie ognistym płomieniem przed nastaniem monsunu.

U wejścia na wyspę, podlegającą konserwacji, po stronie prawej, wita nas kamienny lew, a po lewej kasa. Po opłaceniu wstępu przystąpiliśmy do zwiedzania starej świątyni hinduskiej, sięgającej czasów od 750 do 1000 lat przed Chrystusem. 


Świątynię wzniesiono około 90 metrów nad poziomem morza, została wykuta w skale. Zwiedziliśmy liczne groty i świątynie, razem dwadzieścia pięć obiektów.
Najciekawszym zabytkiem jest sankturarium lingam, pokryte rzeźbami i posągami. Widzimy zaślubiny Sziwy z boginią Parvati, otaczają ich aniołki. Scena „gangavataran” przedstawia w rzeźbie mistyczne połączenie Sziwy z Parvati, a scena „ardhanarishwar” symbolizuje połącznie płci.
Dłużej absorbuje nas posąg trimurti, trójcy. Skupa Brahmę, Wisznu i Sziwę.



Poza tymi scenami i posągami istnieją sceny z życia Sziwy i Parvati. Na uwagę zasługuje tańczący Sziwa i tańcząca Parvati. Nie brakuje Ravanna, mitologicznego króla Ceylonu, Ganesza- syna Sziwy i Parvati i scen dravidiańskich. Ciekawą jest rzeźba kopyta końskiego i potężne są kolumny.
Po zwiedzeniu zabytków, po posiłku, w miłym nastroju powróciliśmy do Bombayu.
W międzyczasie od Mietka nadeszły dalsze paszkwile, urągające wychowawcy młodzieży, w których opisuje swe przeżycia miłosne.

Maj 1946.
Dalsze listy Mietka potwierdzają moje przypuszczenie, że ludzie na pozór spokojni, łatwiej ulegają roztrojowi.

Indie przeżywają gorączkę niepodległości. Z pogodnego nieba spływa żar słoneczny, a na ulicach miast płynie krew. Hindusi i Mahometanie wbijają sobie noże w plecy, bo Mahometanie zmierzają do podziału Indii.
Ceremonie topienia figurek Ganesza ukończono. Tegoroczny monsun był łagodny. Deszcze padały sukcesywnie, dobrze nawodniły pola uprawne, jedynie pod koniec monsunu, Varuna zesłał na Bombay potok wód. Przez trzy godziny lało, jak z cebra, a ulice były zalane wodą. Po monsunie pola, ogrody i krzewy pokryła bujna zieleń, a kwiaty pachną upajająco. Tam, gdzie rdzawy pył pokrywał ziemię, dzisiaj rosną chwasty i kwiaty polne, subtelne w barwach, ale nie pachnące.
W bujnych zaroślach pełzają gady, pomarańcze obsiadły zielone papugi, a małpy skaczą z palmy na palmę.
Sadhu- pobożni mężowie tarzają się w popiele, jako z prochu ziemi powstali i godzinami wysiadują przed świątyniami i rozważają o nicości ziemi, a kiedy wypada im droga, owijają ciało w pomarańczowe dothi, do rąk biorą sękaty kij, garnuszek jałmłużniczy i wędrują od świątyni, do świątyni. Ci wielcy asceci górują nad pożądaniami ciała, żyją w kręgu własnych założeń filozoficznych, odróżniają dobro od zła, a celem ich życia, to droga ku Brahmie, ku zespoleniu z duchem jego.

Gdy słońce zanurzy swój ciężar w Morzu Arabskim, a księżyc pogania spienione fale, pod herbaciarnią rojno. Ci, którzy są bez stałego dachu nad głową, piją herbatę z mlekiem, jedzą banany, przypiekany groszek, lub fistaszki, posypane grubo papryką i ostrymi korzeniami. Gdy zaspokoili głód ciała, rozścielają maty, splecione ze słomy ryżowej, na chodniku i śpią.
Milony Hindusów ujrzało światło życia na ulicy i umiera na ulicy, bo Hindusi wierzą w reinkarnację, że w następnym życiu będzie im lepiej.
Wieczorem z meczetu, położonego na wysepce, do którego wiedzie asfaltowana droga, słychać przeciągłe śpiewy, wołania zanoszone do Allacha, a ze świątyń hinduskich płynie łoskot bębnów.
Ze świątyni bogini bogactwa Maha Laxmi uchodzą dymy wonnych kadzideł, słychać melodyjne dzwoneczki i donośne bicie w bębny, zwiastują wiernym zakończenie dnia.
Na sklepieniu niebios, otoczona aureolą, jasno świeci gwiazda poranna, rzuca na ziemię snop jasnych promieni świetlnych.
W Panchgani, mahatma, wielki duch- Ghandi, zanosi modły za uciskane narody i modli się za Polskę.
Anglicy wygrali wojnę, wykorzystują weekendy, plażują w Juhu, a ojcowie lepią dzieciom domki z piasku.

Siedzę na falochronie nad Morzem Arabskim, wsłuchana w szum morza. Obserwuję rozhukany żywioł rozpędzonych fal, bijących z całych sił o wystające z morza czarne, powulkaniczne skały i rozważam, co począć?
Mietek buduje w Poznaniu Polskę bez Boga, depcze to, co niegdyś kochał i miłował.
Ojciec mój oddał swe życie w sowieckich kazamatach.
Matkę pozbawili willi w Zimnej Wodzie i kamienicy we Lwowie przy ulicy Andrzeja Gołąba 12-ście.
Brata ciotecznego-Adama, rozstrzelano w lasku katyńskim.
Brata ciotecznego Stanisława pozbawili życia Niemcy w Oświęcimiu.
Rodzinie odebrano: Łyczany, Ostrówek, Wolę Starą, Zręczyce, Zagorzany Górne i lasy zręczyckie. A mnie pozbawiono nie tylko urządzenia trzypokojowego mieszkania z kuchnią, portretów rodzinnych, biblioteki, obrazów znanych mistrzów pędzla, ale nade wszystko dwóch kont bankowych we Lwowie i w Myślenicach pod Krakowem.

wtorek, 31 maja 2011

Przykry list.

9 kwietnia 1946. Idąc późno wieczorem na spoczynek, przechodząc korytarzem, zauważyłam, że w umywalni stała wysoka postać, odziana w czarne palto. Twarzy postaci tej nie dojrzałam. Ogarnął mnie lęk, cofnęłam się o kilka kroków, gdy oprzytomniałam z wrażenia, w umywalni nikogo nie zauważyłam. Mimo panującej duchoty, staram się zasnąć. Po głowie krążyły mi różne sceny z przeszłości, wreszcie znużona, zapadłam w twardy sen.

10 kwietnia z Mietkiem straciłam kontakt duchowy. Ogarnęło mnie złe przeczucie.
Około godziny 11 dźwięczy telefon. Po chwili wszedł Ramzi, powiedział, że jestem proszona do telefonu.
-Kto mówi?- zapytałam.
-Tu Rustom, dzień dobry. Mam dla pani ważną nowinę, nadszedł dla pani list z Polski.
-Od kogożby?- zapytałam. 
-Z Poznania.
-Zaraz poślę boya- powiedziałam.
Ramzi pobiegł po list.
Powrócił z listem około godziny 1-wszej. Patrzę... pismo Mietka! Ramziemu dałam 8 annien napiwku.
Z drżeniem serca otwieram list. List został nadany w Poznaniu, nosi datę 27 marca 1946. Przebiegłam list oczyma. W połowie listu wybuchnęłam śmiechem. Nic nie rozumiem! Kto taki list pisze?! Badam kopertę, tak, to pisał Mietek i zaczynam czytanie od nowa: 

„Niusieńko!
Wczoraj otrzymałem Twój list, adresowany do Kamińskich z 12.XII.1945. Cieszę się, że jesteś zdrowa i masz pracę, skoro czujesz się dobrze. Ja jestem od 31 stycznia 1945 na wolności. Uwolniła mnie, wraz z całym obozem, styczniowa ofensywa rosyjska, która, jak wiesz, przyniosła wolność całej Polsce. Zdrowo i cało dostałem się do Polski i od marca 45 r. pracuję, jako dyrektor pedagogiczny w państwowym gimnazjum w Poznaniu. Czuję się dobrze i powodzi mi się nieźle.
A teraz ważna sprawa!
O ile czujesz się w Bombayu dobrze, to zostań już tam i nie wracaj do kraju. Ja nie wyobrażam sobie, byśmy znów po tylu latach mieli spotkać się i zacząć pędzić życie razem. Odzwyczailiśmy się od siebie. Ja Ciebie już nie kocham, od roku zdradzam Cię z wieloma kobietami, zdradzałem Cię zresztą zawsze i przed i po ślubie. Było mi z Tobą dobrze, jestem Ci wdzięczny za uczucie, dobroć i wierność, ale teraz czas, byśmy się już nie spotkali.
Nie gniewaj się na mnie i przebacz.
Bardzo Cię proszę, przyślij mi jak najprędzej zgodę na rozwód, który na tej podstawie przeprowadzę tu. Całą winę biorę na siebie i o ile zechcesz, będę Ci płacił alimenty.
Decyzja moja jest produktem głębokiego namysłu, nie staraj się jej zmienić, bo zatrujesz życie sobie i mnie.
Rozstańmy się, jak para przyjaciół. Przeżyliśmy parę lat pięknych, niech pozostaną w miłym wspomnieniu. Rzeczy naszych nie ma, nie mamy więc z czym rozliczać się.
Przyślij mi moje dokumenty, najlepiej przez ambasadę polską w Londynie. Przepraszam Cię za niespodziankę. Jesteśmy ludźmi, których los rozdzielił na zawsze.
Żegnaj i ułóż sobie życie dobrze. Życzę Ci naprawdę wszystkiego dobrego.
Mietek” 

W głowie mojej zapanował chaos. Chwytam za pióro, by odpisać. Piszę: „Najdroższy Mietku...” Zmięłam arkusz listowy, zaczęłam pisać drugi, następnie trzeci i czwarty, ale z tego nic nie wyszło. W głowie ułożyłam tom listów, ale w końcu doszłam do przekonania, że właściwie nie mam mu nic do napisania.
Usiadłam do maszyny, przepisałam list Mietka i posłałam mamie, by wydała swój sąd. Któż może mnie lepiej zrozumieć w tej chwili, jak nie serce matki?
Ten szlachetny i dobry mąż dzisiaj zmarł. Tam, w kraju, żyje drugi Mietek- bezbożnik.
Ubolewam nad utratą męża i nad tym, co z niego zrobiła wojna.
Dziś wieczorem odmówiłam za Mietka „Wierzę w Boga”. 

11 kwietnia 1946. Zastanawiam się, czy to możliwe, aby on-esteta i polonista- napisał tak ordynarny list do niewiasty pochodzącej z dobrego domu?
Podejrzewam, że Mietka dręczy chorobliwa zazdrość, że podróżuję, zwiedzam kraje Orientu, poznaję ludzi, obce kultury, a to wszystko jest dla niego niedostępne. Los wytrącił mu możliwość wzbogacenia swej wiedzy. Do swej chorobliwej zazdrości przyznał się w czasie naszej znajomości, kiedy spędzałam wakacje w Krynicy, a on pilnował willi swego ojczyma.
Napisałam list do państwa Kamińskich, do Rabki prosząc, by mi donieśli, czy Mietek nie uległ  roztrojowi nerwowemu na skutek tak długotrwałego siedzenia w niemieckim obozie jenieckim.
Mama odwrotnie odpisała. List był troskliwy i obszerny, tchnie matczynym sercem. Nigdy mnie nic tak nie zbliżyło do mamy, jak jej serdeczny, troskliwy, pełen opieki list. List Mietka określiła mama, jako brutalny.
Doszłam do wniosku, że Mietkowi zawsze brakowało „kinderstube”, więc potrafi walczyć tylko brutalnie. Ja taką bronią walczyć nie będę.
Pod zachód słońca usiadłam nad falochronem i obserwowałam przypływ morza. Ruchoma masa wód, jak w piecu hutniczym, z impetem uderza o kamienny wał ochronny.
„Jakim próchnem jest człowiek w stosunku do tej lawiny morskiej”- pomyślałam. 

niedziela, 29 maja 2011

Zdradzili nas.

Sytuacja polityczna niewyraźna. Dopóki nie nastąpi oficjalne cofnięcie uznania naszego rządu w Londynie, tak długo będziemy istnieć. Żyjemy nerwami. Wielu poczyniło zabiegi o wizy wyjazdowe do krajów wolnych.
Niemcy skapitulowali bezwarunkowo. Polska pod okupacją sowiecką. Sprawa Jałty ucichła. Może nastąpi rewizja postanowień i sprawa nasza zostanie uregulowaną na płaszczyźnie godnej Narodu Polskiego?
Hindusi objawiają zdenerwowanie, że nadchodzi koniec wojny w Europie. Upadną lukratywne dostawy i niewspółmierne zyski, ale wojna z Japonią jeszcze potrwa, wskazują na to pospiesznie wznoszone baraki dla wojska.
6 lipca doszła nas wiadomość, że Brytania i Ameryka, po wejściu do komitetu lubelskiego Mikołajczyka, Stańczyka, Popiela i Kiernika, uznały tymczasowy rząd Państwa Polskiego.
Zdradzili nas.
Otrzymałam drugi list od Mietka, pisany 6 maja 1944, nosi pieczątkę cenzury wojskowej w Bombayu z dnia 19 grudnia 1944. List spokojny, pogodny, opisuje dzieje mej walizki, którą zabrał ze sobą na wojnę.
7 lipca po południu wypłacili nam trzymiesięczną odprawę. Krążą wieści, że we Francji zamknięto placówki polskie, a konta bankowe skonfiskowano. Cóż właściwie będzie z nami?

Tegoroczny monsun jest gwałtowny, na ulicach stoi woda po pas. Komunikacja często przerwana na kilka godzin. Jeszcze pracuję, czekamy na zamknięcie biur.



6 sierpnia świat został wstrząśnięty wieścią, że lotnictwo amerykańskie zrzuciło na miasto japońskie Hirochimę bombę atomową, która zmiotła z powierzchni nieomal całe miasto.
Okropna to broń, ale zarazem stanowi doniosłe odkrycie. Zapoczątkuje nową erę. Wbrew groźbie, może przynieść ludzkości szczęście i wyeliminuje bratobójcze wojny.

Sierpień 1945. Gospodarz mój, Żyd rosyjski Rubinoff, podczas rewolucji uszedł z Rosji. Dzisiaj, pod wpływem zwycięstw sowieckich, wywiesił na ścianie karykaturę ucztującej wielkiej trójki. Sympatia jego do Rosji Sowieckiej rośnie, objawia ją podczas każdej rozmowy.
Ktoś z sublokatorów powiedział Rubinoffowi, że Chiny, których jest obywatelem, zawarły z Rosją układ, mocą którego zobowiązały się wydać wszystkich obywateli rosyjskich, obojętnie, gdzie w tej chwili przebywają, a Brytania układ ten uznała.
Winszujemy Rubinoffowi szczęśliwego powrotu do Rosji.
Rubinoff wyraził oburzenie, zdenerwowanym głosem powiedział:
-Nie po to uciekłem z Rosji komunistycznej, aby tam wracać. Co wy myślicie, że ja nie znam życia w Rosji komunistycznej, gdzie ludzie są niewolnikami? Ja sympatyzuję z narodem rosyjskim, a nie z ustrojem.
Rubinoff całą noc nie spał, budził sublokatorów po nocy i zasięgał rady, w jaki sposób pozbyć się uciążliwego obywatelstwa chińskiego.

Spotka mnie nieszczęście. Dzisiaj- 3 września 1945-tego, po raz pierwszy od zawarcia małżeństwa z Mietkiem, bezwiednie zdjęłam obrączkę ślubną. Albo Mietka spotka coś złego, lub nastąpi coś, co zniweczy mój związek małżeński.
Boże, żeby Mietek nie wpadł w ręce Rosjan, bo gdy dowiedzą się o jego przeszłości społeczno-politycznej, to ześlą go do łagieru.

W Indiach wzrosła aktywność polityczna. Namiętną akcję przejawia Kongres i Pakistan, a prócz tego dają znać o sobie komuniści.
Komuniści uruchomili w centrum miasta kawiarenkę, a po płotach i domach widzimy nakreślone kredą „młoty i sierpy”.
Ze zniesieniem stanu wojennego wystąpiły strajki. Strajkujący wywieszają czerwone sztandary z sowieckimi emblematami państwowymi, a władze są obojętne na tego rodzaju wybryki. W Hindostanie czerwone flagi wiszą tak długo, dopóki nie zniszczy ich słońce, wiatr, czy monsun. Tolerancja ta wywiera skuteczniejszy wpływ, aniżeli reakcja, bo zakaz zdradza opór, a opór potęguje siłę.


Na skraju ulicy Pedder Road stoi kulis, trzyma czerwoną chorągiewkę z młotem i sierpem i rozdaje ulotki. Podeszłam i zapytałam, co chorągiewka ta znaczy.
-To znak naszej partii- powiedział.
-Czego chce wasza partia w Indiach?- zapytałam.
-Chcemy, aby wszystkie pałace i wille należały do nas, kulisów.
-Kulisów za dużo, nie pomieszczą się w tych pałacach i willach- zagadnęłam.
-To racja, ale raz w roku będę spać w pałacu, a nie całe życie na ulicy- powiedział kulis.

Wszczęłam poszukiwania za Mietkiem. Napisałam list do ppor. Maniewskiego, jednego z ocalałych z obozu II C oraz do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie.
Oficerowie z obozu jenieckiego II C w Niemczech przepadli. Nikt o nich nie pisze.
Pod koniec listopada otrzymałam list od ppor.mgr Maniewskiego, pisze:
„Otrzymałem dwa listy Pani z 18.X.1945 i 22.X.1945 w sprawie męża Pani ppor. Piątkowskiego Mieczysława, który przebywał do dnia 25 stycznia 1945 w Oflagu II C Woldenberg.
Wymieniam datę 25 stycznia 45, gdyż w tym dniu wszyscy oficerowie zostali ewakuowani w kierunku na zachód. Już 5-tego, wzgl.6-tego dnia naszego marszu na zachód, bataliony 1,2,3,6 zostały otoczone przez posuwające się oddziały czołowe sowieckie i zmuszone do marszu na wschód. O ile mąż Pani mieszkał w baraku XVI A, to znaczy mieszkał razem z 3-cim batalionem, jeśli, co jest możliwe, miał kolegę lub przyjaciela serdecznego w innym batalionie, wtedy mógł znaleźć się, podobnie, jak ja, na Zachodzie, razem z batalionem 4-tym i 5-tym, gdyż, jak już pisałem, 1,2,3,6 batalion, zostały na pewno pod okupacją sowiecką”.

Nie mam złudzeń, że Mietek wpadł w ręce Sowietów.

Polski Komitet Opieki nad Uchodźcami zwolnił mamę, jako zarządzającą willami Sithabay, bo była za dobrą dla dzieci, a za ostrą dla personelu.
Mama ma ukończone dwa wydziały, zna tuzin obcych języków, więc z miejsca zaangażowano ją jako nauczycielkę muzyki do angielskiej szkoły średniej Kimmens. Mama czuje się w tej szkole dobrze, nikt nikogo nie obmawia, plotek nie zbierają przełożeni, również nie jest za starą na to stanowisko, bo w szkole angielskiej rolę odgrywa wykształcenie i solidna praca pedagogiczna, a nie wiek.

Szóste święta Bożego Narodzenia spędzam poza krajem. Tam w ojczyźnie mróz, pada śnieg, a tu otaczają mnie palmy i spiekota słoneczna.
W pierwszych dniach lutego otrzymałam kartkę z Comite International de la Croix-Rouge z Geneve. Zawiadamiają mnie, że o Mietku nic nie wiedzą.
Dzięki uprzejmości dr Tomanka odbywam w angielskim Malayan Transit Camp teoretyczny i praktyczny kurs analityczno-laboratoryjny. Praca interesująca, z kursu wiele korzystam. Pacjentami są: Angilcy, Malajowie, Burmańczycy, Chińczycy i różni mieszańcy.

Marzec 1946. Żydzi polscy masowo wyjeżdżają do Ameryki Północnej, ręczą za nich krewni i żydowskie organizacje dobroczynne.

Victoria Gardens w Bombayu

W chwilach wolnych od kursów zwiedzam Bombay. Zachodzę do ogrodów wiszących, pełnych wonnych kwiatów, czarujących orgią barw. Żywopłoty, przystrzyżone we wzory, tryskają świeżością, bo człowiek nie skąpi im wody. Roślinność dzika usycha z pragnienia, czeka na monsun.
Niedaleko ogrodów wiszących, również na wzgórzu, istnieje dakhme, wieża milczenia, obsiadła przez chmary sępów z obnażonymi szyjami. Wyczekują zachodu słońca, kiedy to Parsowie składają w dakhme ciała swych zmarłych.

Bieżący miesiąc nie przyniesie mi pomyślności, bowiem ujrzałam pierwszą kwadrę wschodzącego księżyca z lewej strony. Żyjąc na stepie kizgiskim w Kazachstanie uległam przesądowi Kazachów, którzy otaczają księżyc szczególnym kultem. Dawniej, za Rosji carskiej, Kazachowie urządzali pod gołym niebem tajemne ceremonie podczas ojdan, nocy księżycowych. Ujrzenie kwadry księżyca z prawej strony przynosi pomyslność, zaś z lewej niepowodznie, zmartwienia i przykrości.
Poczyniłam starania o wizy, a w międzyczasie zwiedzam świątynie hinduskie, stare dzielnice miasta i opłaciłam zbiorową wycieczkę na słynną wyspę Elephanta, czyli Gharapuri.
Dotąd zwiedziłam dwa muzea zoologiczne, świątynie różnych wyznań, cmentarze, krematorium Hindusów i wspaniały klasztor buddyjski w Kanheri, koło Borivli.
Wihara buddyjska pochodzi z IX wieku p.C. n., została wykuta w skałach gór na wysokości około 500 metrów. Składa się ze 109 grot i świątyń. Z upadkiem buddyzmu w Indiach zmieniono klasztor na świątynię hinduską ku czci boga zniszczenia-Sziwy, którego czczą Hindusi pod postacią lingam, phallusa.
Ten potężny kamienny lingam, te niebosiężne posągi Buddy, te wspaniałe posągi doryckie, na zawsze pozostaną w mej pamięci. Dzieła te przetrwały wieki, ileż w Indiach zaszło zman, a posągi te dalej istnieją. Są zimne, nieczułe, choć nadkruszone przez ząb czasu.

czwartek, 26 maja 2011

Niewola uderzyła mu na mózg.

Z początkiem maja mama została zarządzającą trzech willi Sitabay w Panchgani, miejscowości klimatycznej, położonej wysoko w górach Bhor Ghat.
Delegaturę przeniesiono na Pedder Road no.7, do budynku starego, czekającego na rozbiórkę.
Wojna dobiega końca. Butny naród niemiecki po raz drugi dozna porażki. My, Polacy, wyrażamy obawę, by Sowieci nie weszli za daleko w Europę.
Monsun szaleje, potoki wód płyną na szerokość ulic, a chwilami świeci słońce. Na Morzu Arabskim rozhukane fale z impetem uderzają o kamienne falochrony. Budynki nasiąkły wilgocią, roślinność łapczywie spija wodę. Z miasta spływają bakterie, ożyją pola i będzie ryżu w bród.
Do Indii przybył szef wydziału służby zdrowia, dr Alfred Tomanek. Będzie można uniknąć wielu chorób przez zastosowanie profilaktyki.
Od Mietka dalej nie mam wiadomości. Trapi mnie przeczucie, że uległ nieszczęściu. Mietkowi wysłałam drugą paczkę z Indii.
Mama przebywa w cudownym klimacie w Panchgani, a tu, w Bombayu, słońce praży, upały nękają dzień i noc, a powietrze przesycone wilgocią. Wilgoć tak wielka, że nie przepuszcza promieni pozafiołkowych, więc mimo gorąca i słońca, nie opalam się.
Woda w kranach wodociągowych gorąca, a w morzu można zażywać kąpieli przez cały rok. Produkty zywnościowe, nawet suchary, są przechowywane w opakowaniu nasyconym parafiną, albo w puszkach blaszanaych.
Owocami powszechnymi są: banany i orzechy kokosowe, owocujące przez cały rok. Również jest w bród ananasów, mandarynek i słodkich cytryn.
Mimo wojny, wszystko tutaj jest dostępne, sklepy pełne towarów i artykułów spożywczych.

W Indiach, wśród warstw niższych, istnieje kult dla białego człowieka. Anglicy, stanowiący administrację tegoż kraju, są otoczeni kolorową służbą, opływają w wygodach, posiadają samochody, bywają w klubach dostępnych jedynie dla ludzi białych, gdzie służbę stanowią Hindusi. Anglicy nie korzystają z tramwaju, ani z autobusu, posiadają również oddzielne kąpieliska. Biali sahibowie-Anglicy, są w poważaniu, bo są słowni i Anglia słynie z jakości i solidności swych wyrobów.
Pionierami rozwoju życia gospodarczego w Indiach są Parsowie- Irańczycy. Założyli banki, uruchomili przemysł i rozwinęli handel z Europą i dalekim Wschodem.


2 sierpnia doszła nas wiadomość, że w Warszawie wybuchło powstanie. Starsi koledzy są zdania, że powstanie zostanie stłumione biernością Sowietów, bo nie chcą, aby w Warszawie powstał Rząd Polski Podziemnej, stanowiący część składową Rządu Polskiego przebywającego w Londynie, z którym Rosja Sowiecka zerwała stosunki dyplomatyczne. Komunikaty mówią o sukcesach Armii Krajowej, że w Warszawie działa Poczta Polska, a stolica tonie w flagach biało-czerwonych.
Kilka dni później doszła nas wiadomość, że Sowieci odstąpili od Warszawy i pozostawili powstańców na łaskę Niemców, choć przedtem wciąż wzywali Warszawę do zrywu zbrojnego. Warszawa apeluje do Aliantów o pomoc.
Samoloty polskie i brytyjskie zrzucają Warszawie pomoc, również samoloty amerykańskie pomagają Warszawie.


Stara Warszawa, te piękne budowle zabytkowe, legła w gruzach. Niemcy palą i burzą stolicę Polski, aby wykreślić nas z mapy świata i z całą zaciekłością niszczą nas, jako Naród.
Myśl o Warszawie odbiera mi sen, przeżywam grozę sytuacji. Położenie Warszawy musi być groźne, jak kobiety polskie apelują do Papieża o ochronę kobiet i dzieci.
Brytania i Stany Zjednoczone Ameryki uznały Armię Krajową, jako część składową Polskich Sił Zbrojnych. Warszawa dalej walczy. Niemcy bezlitośnie tępią polski opór i do tej haniebnej roboty uzywają Ukraińców i Własowców.
3 października doszła nas smutna wiadomość, że powstanie warszawskie upadło. Ocalałe resztki, z generałem Bór Komorowskim, poddały się Niemcom, a ludność cywilną wypędzili Niemcy do Pruszkowa, by do reszty zburzyć Warszawę. Na apel przeprowadziliśmy zbiórkę pieniężną na Pruszków, by przyjść z pomocą bezdomnym Rodakom.


Pod koniec monsunu Indie przeżywają ganpati, uroczystości ku czci boga Ganesza, syna Sziwy i bogini Parwati. Ganesz jest opiekunem dziewic i domów.
Ulicami miasta przeciągają procesje z posążkami boga Ganesza, wyobrażanego z łbem słonia. Procesjom towarzyszą tancerze i muzykanci z bębnami i dzwoneczkami. Tysiące procesji podąża ku wybrzeżom morza, gdzie wśród ceremonii, topią posążki Ganesza, by więcej nie zsyłał na ludzi monsunu.


Na peryferiach Bombayu żyją Pariasi-Maharowie, tak zwani „nietykalni”. Mieszkają pod szałasami skleconymi ze starych blach, worków i skrzyń. Szałasy niskie, półziemianki. Wokół szałasów biegają dzieci, są nagie, opasane w biodrach sznurkami. Posłania Maharów stanowią stare kołdry lub worki. Niewiasty siedzą w kucki i przebierają ryż, stanowi ich główne pożywienie. Maharowie żyja w poligamii, ale są wypadki, że niewiasta ma kilku mężów. Do szkół nie chodzą, są analfabetami.
Hindusi zmarłych nie grzebią, tylko spalają na stosie. Parsowie zaś składają ciała zmarłych w wieżach milczenia na pożarcie sępom. Jedynie wyznawcy Islamu i chrześcijanie grzebią zmarłych. Zwyczajem wschodnim, udział w pogrzebie biorą jedynie mężczyźni, zwyczaj ten przestrzegają również i inne wyznania.

Październik 1944. Otrzymałam z powrotem listy wysłane do Mietka, z pismem od angielskiej cenzury wojskowej, podpisane przez generała. Zagroził sankcjami i poucza, że nie wolno wysyłać listów za pośrednictwem osób trzecich, w tym wypadku za pośrednictwem Jana Szeligowskiego w Ankarze.
Z miejsca wysłałam do Mietka list za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie oraz paczkę odzieżową.

Minęły szóste święta Bożego Narodzenia, nie przyniosły ludzkości upragnionego pokoju.
Niemcy skracają front- tak brzmią ich komunikaty. Dochodzimy do kresu naszej tułaczki, za rok odetchniemy Polską, naszymi lasami i łąkami. Dość mamy egzotyki, słońca i upałów.
Rok 1945 powitaliśmy jako rok wolności, rok powrotu do Ojczyzny.
30 stycznia, za pośrednictwem gazet angielskich, doszła nas wiadomość, że obóz jeńców wojennych II C. Woldenberg, wpadł w ręce Sowietów.

Środa, 12 lutego 1945. Na frontach rozgrywają się ostatnie akty drugiej wojny światowej. Idę do biura, jak każdego innego dnia. Niosę kartoteki tych chorych, których wczoraj odwiedziłam w szpitalach. Spieszno mi, bo dochodzi godzina rozpoczęcia pracy.
Przechodząc przez biura, zastałam koleżanki i kolegów siedzących przy biurkach, a ich twarze są smutne, nawet nie odpowiedzieli na pozdrowienie.
Usiadłam za biurkiem, przygotowywałam kartoteki, aby zdać sprawozdanie doktorowi z wczorajszego obchodu chorych. Po chwili wszedł dr Tomanek, był dziwnie poirytowany, rzucił teczkę na biurko, spojrzał na mnie, że ze spokojem załatwiam sprawy, po czym zasapanym głosem powiedział:
-Zdradzili nas. Wydali katolicką Polskę w szpony Rosji Sowieckiej.
Wypadło mi z rąk pióro, zapytałam:
-Panie doktorze, cóż się stało?
-W Jałcie, na Krymie, prezydent Roosevelt i premier Churchill ulegli Stalinowi, uznali komitet lubelski za rząd polski z tym, że zostanie dokooptowanych kilku członków Rządu Londyńskiego i kto wie, co zrobią z nami?- powiedział dr Tomanek.
-To hańba w historii świata, kosztem Polski chcą wygrać wojnę z Japonią- powiedziałam.

Pod koniec lutego gazety doniosły, że polscy jeńcy wojenni z obozu II C w części wpadli w ręce Amerykanów, ale większość zagrabili Sowieci i że wywieziono ich do Polski i są trzymani w obozach pod Łodzią i Krakowem.

8 marca 1945. Po rocznej przerwie otrzymałam od Mietka list datowany 12 kwietnia 1944. List ten wstrząsnął do głębi moją duszą. Czytam ten okrutny list, targający uczuciami duszy. Mąż mój zszedł z drogi prawdy, kroczy nad przepaścią, stał się ateistą.
Noc w Bombayu upalna, jak każda inna noc. Słowa listu wirują mi po głowie. Jego logika jest sprzeczna. Raz widzi szatańskie moce roznoszące jego szczęście, to znowu zaprzecza istnieniu Boga i widzi siebie, jako kowala własnego losu.
Widocznie na wyobraźnię jego wpłynął Friedrich Nietzche. Nietzche z jednej strony ulegał wływom mazdajanizmu: dobru-złu, światłu-ciemnością, z drugiej strony wyłonił nadczłowieka, władczego człowieka, gardzącego słabością, a wyznającego siłę mocy. W konsekwencji zaś odrzucił Nietzche wszelką pomoc i pociechę religijną, rezygnując ze szczęścia w innym świecie. Nadczłowiek Nietzchego jednoczy w sobie wszystkie cnoty męskie, które czynią życie ziemskie rzekomo pełniejsze.
Mąż mój uznaje siłę mocy szatańskich, widzi w nich czynnik niszczycielski, ale odrzucił siłę dobra, gdyż duch jego utracił moc nad ciałem. Siła dobra jest prostą w założeniu, silna w postawie i nie szuka zwolenników. Siłę dobra trzeba pojąć. Nie zawsze ludzka wielkość jest wielkością duchową. I ten Hindus, który w kamieniu widzi swego Boga, nie odbija od prawdy.

Wyszłam na balkon, niebo było pokryte gwiazdami, bez cienia chmurki, a strzelistą palmę kokosową skąpał blask księżyca. Panuje cisza, noc bezwietrzna. Na Pedder Road jarzą się latarnie gazowe, ulica pusta, nie widać żywej duszy, jedynie gdzieniegdzie migocą w oknach domów blade światełka, a naprzeciwko, pod garażami i na środku chodnika, śpią snem twardym bezdomni Hindusi.
Noc parna i duszna, godziny wloką się leniwie. Zegar na portalu bramy, wiodącej do świątyni Maha Laxmi z uporem wydzwania godziny. Słyszę gongi. To patani obwieszczają swą służbę stróżów.
Łóżko twarde, z drzewa tikowego, a materac z bawełny ugniata.
Uklękłam na gołej posadzce, ułożonej ze zdobionych płytek i zaniosłam w imieniu niewierzącego Mietka, modły do Stwórcy i Pana. Szepcę słowa modlitwy:
„Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela Nieba i Ziemi”
Przyjm Panie modlitwę od niego, oświeć go i przebacz mu bluźniercze słowa listu.
Na zegarze hinduskiej świątyni Maha Laxmi wybiła godzina pierwsza. Musnął chłodny wiaterek, a szafa tikowa poczęła żałośnie i przeraźliwie jęczeć. Usiadłam na łóżku, przetarłam oczy wsłuchana w jęki szafy. To nie ułuda, to nie imaginacja, szafa rzeczywiście jęczy. Jęki ani na chwilę nie ustają.
Wstałam, otworzyłam drzwi szafy, a szafa dalej jęczy. Jęki wydobywają się z każdej cząstki szafy. Są żałosne. Doszłam do przekoniania, że mieszkam w Indiach, kraju tajemnej yogi, gdzie Hindusi wierzą w reinkarnację duszy.
Odmawiam modlitwę za dusze zmarłych. Ledwo ukończyłam modlitwę, przez drzwi balkonu wtoczył się blask księżyca, a z narożnika pokoju usłyszałam szyderczy chichot.
-Nie kuś mnie, odejdź, nie mieszaj mi słów modlitwy zanoszonej przed tron Pana naszego.
Szafa przestała jęczeć, ustał chichot, gwiazdy na niebie przyblakły.

Mama listu Mietka pojąć nie może. Orzekła, że ta długotrwała niewola uderzyła mu na mózg.

wtorek, 24 maja 2011

Obraz Indii.

Kalendarz gregoriański wykazuje 9 grudnia 1943. Nad statkiem kołują chmury jastrzębi-myszołowców. Panuje spiekota. W porcie pracują kulisi, są boso, w krótkich spodenkach, bez koszul, a głowy omotane czerwonymi zwojami.
W porcie oczekują nas wozy sanitarne. Przerzucono pomost i kabinami poczęliśmy opuszczać statek.
Zstąpiwszy na ziemię Hindustanu, doznałam dziwnego uczucia, przecież ziemia ta owiana jest czarem fantastycznych legend, najpierworodniejszych form kultury, wierzeń i niezgłębionej filozofii.
Indie zawsze były moim marzeniem, dzisiaj są rzeczywistością. Odczuwam, że otacza mnie tajemnicza siła, doznaję głębokiej przemiany duchowej.
-Zajmować miejsca w samochodach- padł rozkaz.
Samochody santarne sznurem ciągną przez schludne ulice miasta portowego Karachi. Domy murowane, przez parkany i bramy zwisa czerwona lub niebieska lesbana, groszkownica.
Godzina 9-ta rano, miasto jeszcze pogrążone we śnie, ulice puste, tylko gdzieniegdzie widać człowieka.
Asfalt urwał się, wjechaliśmy na drogę pustynną. Mijamy osadę pariasów. Wśród tumanów gęstego, suchego kurzu, zdążamy ku obozowi, położonemu na rdzawym piachu pustyni, gdzie w kotlinach rosną krzewy zakurzonej euforbii.
Już z daleka widzimy obóz, las białych namiotów. Uniesiono szlaban i wjechaliśmy do obozu tranzytowego.
Obóz jest pod nadzorem angielskim. Na czele obozu stoi Anglik, major Allen- przyjaciel Polaków. Z obozu tego odchodzą transporty do Afryki, Meksyku i do osiedli rozmieszczonych na terenie Hindustanu.
Odkryłyśmy kawiarenkę obozową, gdzie za kilka annien nabyłyśmy tuzin bananów.
Po południu uskuteczniłyśmy zameldowanie, szczepienie i nazajutrz, o gdzonie 11-tej, znalazłyśmy się na „Batorym”, by dopłynąć do portu przeznaczenia- Bombay.
Powietrze na morzu arabskim duszne, gorące i wilgotne.

Bombay z epoki

14 grudnia, po zachodzie słońca, wpłynęliśmy do portu Bombay, zwanego dawniej Bom-bachia, piękna zatoka.
Port zatłoczony statkami. Obserwujemy kontury miasta, widzimy bramę Indii „Gate of India”, strzeliste wieżyczki oraz budowle kopulaste. Przeważa gotyk i styl islamski, właściwie samnicki.
„Batory” wśród portowych labiryntów, wpłynął do doku. W porcie niebywały ruch. Statki pomalowane na kolor stalowy. Wre gorączkowa praca. Od tempa w porcie są uzależnione dostawy dla Armii Brytyjskiej.
15 grudnia wyładowano nas- pracowników Delegatury. Innych przeładowano do pociągu i odtransportowano do osiedla Valivade, położonego w księstwie Kolhapur.
Pozostałam w Bombayu, jako skierowana do pracy w wydziale sanitarnym Delegatury Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej.
Nadjechała półciężarówka i zabrała nas do polskiego schroniska przy Pedder Road. Mijamy długie, piękne ulice, wspaniałe wille i pałace położone w ogrodach, otoczone palmami i kwiatami. Panuje niesamowity upał, w mieszkaniach biegają feny, a mamy przecież grudzień- środek europejskiej zimy.
Umieszczono nas w schronisku. O mieszkanie w Bombayu trudno.
Biura Delegatury uplasowane są w dzielnicy willowej przy Neapen Sea Road. Rozpoczęłam szarą pracę biurową, z obowiązkiem odwiedzania chorych Polaków w szpitalach. Mama pojechała do osiedla z zamiarem podjęcia pracy nauczycielskiej. Wspomninała o łacinie i muzyce.
Za pośrednictwem Polskiego Czerwonego Krzyża w Bombayu wysłałam Mietkowi paczkę odzieżową.
W chwilach wolnych zwiedzam miasto, stare dzielnice, świątynie, cmentarze, muzea, biblioteki i ogród zoologiczno-botaniczny.
Ulice Bombayu zatłoczone są ludźmi różnych ras świata. Hindusi mają ciemny odcień skóry, ale stanowią rasę europejską. Około dwa tysiące lat przed Chrystusem, ludy słowiańskie, osiadłe u wybrzeży Bałtyku, pod wodzą urków arkońskich, przedsięwzięły trzy wyprawy do krainy, siedziby boga słońca, gdzie panuje wieczne lato. Trzecia wyprawa osiągnęła Hindostan, ziemię zamieszkaną przez ciemnoskórych Drawidian, których Aryjanie, najprzedniejsi, podbili i uczynili niewolnymi. Jeszcze dzisiaj wśród kasty Brahaminów, osiadłej u podnóża gór Himalaja, żyją potomkowie najeźdźców o jasnej skórze, jasnych włosach i niebieskich oczach.
Ważną rolę w życiu Hindostanu odgrywają religie, a tych jest wiele. Dominujące znaczenie ma hinduizm, skupiony w licznych sektach. Właściwie hinduizm nie jest religią skodyfikowaną, opartą na zasadach pisanych.
W Indiach ujrzał światło dzienne Sakya-Muni, Budda, ale jego religia w Indiach nie przyjęła się. Równolegle z buddyzmem powstał dżajnizm, a w ostatnich stuleciach guru Nanak stworzył sikkim, oparł go na islamie i hinduizmie. Poza tym przyniesiono do Indii islam i mazdajanizm. Tę ostatnią religię wyznają Parsowie, potomkowie Irańczyków. Oprócz tego istnieją religie chrześcijańskie.

Krainę Hindusów otaczają góry i morza. Charakter kraju pustynny, ziemia pokryta rdzawym piaskiem i dżunglami, porosłymi akacją, która przed monsunem kwitnie ognistym, czerwonym kwiatem, a tubylcy zwą kwiat akacji płomieniem dżungli.
Przez współczesny Bombay, gdzie na ulicach widzimy piętrowe autobusy, tramwaje, suną luksusowe samochody, a dzielnice łączą pociągi elektryczne, nierzadko przeciągają procesje religijne pątników odzianych, jak tysiące lat temu. Przed niesionymi posążkami bogów pląsają tancerze i widzimy pobożnych mężów, zupełnie nagich, jedynie woreczki ukrywają genitalia. Pobożni mężowie są posypani popiołem i mają skołtunione włosy. Majątek ich stanowi: gliniany garnuszek jałmużniczy i zwykły sękaty kij. Dzieci pariasów chodzą nago i nikt się temu nie dziwi.

Święta Bożego Narodzenia obchodziłam w gronie polskim, a Nowy Rok 1944-ty powitałam u wybrzeży Morza Arabskiego. Siedziałam na ławeczce przy bulwarze, wśród palm kokosowych i obserwowałam przypływ morza.
Mama, nie zadowolona z życia w osiedlu, pisze: „Nasze domki są z mat na podmurowaniu, a dachy pokryte dachówką. W osiedlu panuje życie małomiasteczkowe, polega na plotkowaniu i podsłuchiwaniu cudzych rozmów”.

Obłożnie chorzy Polacy leżą w szpitalach hinduskich. Lekarze Hindusi są Polakom życzliwi, wielu ukończyło Instytut Radowy Skłodowskiej Curie.
Listy od Mietka przestały przychodzić, napisałam do Szeligowskiego przez Ankarę i o wyjeździe powiadomiłam Polski Czerwony Krzyż w Teheranie.

Większość Hindusów stroni od strojów europejskich. Nosza białe dothi, okręcone wokół nóg, po wierzchu koszulę, a na głowie czapki lub zawoje. Po nakryciu głowy poznaje się, z której części Indii kto pochodzi. Zwolennicy kongresu- ruchu dążącego do zupełnej niepodległości Indii- noszą białe, płócienne furażerki.
Hindus sam stwarza sobie system wierzenia. W zależności rozwoju umysłowego, spełnia takie, czy inne praktyki religijne. W Indiach widzimy wysokiej klasy myślicieli i takich, którzy zanoszą modły do drzewa, kamienia, gołębia, czy też krowy. W całych Indiach szczególnej czci doznaje krowa. W niektórych częściach Indii czczą węże, bawoły, małpy, słonie i inne do tego celu wybrane zwierzęta, czy też rośliny. Upatrzonym zwierzętom oddają cześć boską.

święta krowa

Niewiasty: Hinduski i Parsjanki, owijają całą postać prześliczną tkaniną lub brokatem, długości od 5-ciu do 9-ciu jardów. Mahometanki noszą długie stroje, coś w rodzaju płaszczy i zasłaniają twarze tszadorami, a młode noszą szarawary i zdobne, długie kaftany, rozcięte po bokach, aż do kolan. Strój ubogich Hindusów składa się z kawałka płótna lub po prostu sznurka.
W Indiach istnieją szalone kontrasty. Widzimy Hindusów starannie wykształconych, władających językami europejskimi, ale większość to analfabeci. Warstwy zamożne mieszkają w luksusowych willach.

W samym Bombayu istnieje ponad 200 tysięcy bezdomnych, sypiają na ulicach, przyszli na świat na ulicy i umrą na ulicy.

współczesny slums

Pożywienie niższych warstw stanowi ryż i herbata. Pracujący Hindusi, zatrudnieni u białych, jako służba domowa, korzystają z przypiekanych orzeszków i ostrych sosów, a jamy ustne dezynfekują przez rzucie pan sopari, liścia z orzechem, goździkiem, wapnem i cardmamam.

W starożytności Aryanie podzielili ludność Indii na cztery zasadnicze kasty: brahaminów, kaszetriasów, wajszów i szudrasów.
Do brahmaminów należą godności kapłańskie i nauczanie, do kaszetriasów wojowanie, do wajszów rolnictwo, rzemiosło i kupiectwo, a do szudrasów spełnianie niższych posług.
Hindusi wykonują swe czynności według przepisów kasty. Hamal sprząta mieszkanie, ale nie tknie ustępu, bo czynność ta poniżyłaby godność jego kasty.
Hindusom dobrze z tym, wierzą w reinkarnację duszy, że w następnym, ziemskim zyciu przejdą do kasty wyższej i w ostateczności osiągną godność brahamina, czyli zespolą się z Brahmą, stwórcą świata.
Hinduizm uznaje trzech zasadniczych bogów:
Brahmę, stwórcę świata.
Wisznu, opiekuna świata i
Sziwę, boga zła, zwalczającego Wisznu i jego dobre twory.
Prócz trzech zasadaniczych bogów, istnieje szereg innych bogów, bogiń i bóstw lokalnych.
Hindusi, od czasów Buddy, są wegetarainami, ale w Himalajach żyją brahamini jadający mięsiwo.

W Bombayu przez okrągły rok, zielenią się drzewa i kwitną kwiaty. Zaobserwowałam, że drzewa liściaste, w ciągu roku kalendarzowego, indywidualnie zrzucają liść i przez tydzień, czasami nawet przez dwa tygodnie, przechodzą odpoczynek i ponownie okrywają się liściem.
Zimy, w znaczeniu europejskim, nie ma. Jedynie od 7 czerwca do połowy października panuje pora deszczowa, zwana monsunem. Są to gwałtowne wiatry, połączone z ulewnymi deszczami.
W okresie monsunu zieleń jest soczysta i upajająco pachną jaśminy, tuberozy i oleandry. 

oleandry

Szczyt upałów panuje w kwietniu, maju, czerwcu, październiku i w pierwszej połowie listopada. Temeratura w tych miesiącach dochodzi do 44 stopni Celsjusza. Różnica między dniem, a nocą wynosi od 3 do 5 stopni. Jedynie powiew od morza orzeźwia powietrze, ale bywają dni, że nie drgnie nawet listek na drzewie.
Wieczorami otwieramy drzwi i okna mieszkań, a feny szaleją. Z ogrodów uchodzą zapachy kwiatów, a z mieszkań wonne dymy kadzideł.
Gdy zapadnie noc, nad brzegiem morza, latają nietoperze i nocne ptaki, z zarośli słychać skłóconą muzykę świerszczy, a od falochronów dochodzi śpiew czarnych szczurów.
W Indiach szczury o długich ryjkach śpiewają, jak opierzone pisklęta.
Po odpływie morza, rybacy brodzą w błocie i przy świetle pochodni, łowią długie i okrągłe kraby.

sobota, 21 maja 2011

Powrót na „Batorego”.

Nasz wyjazd z Teheranu nabiera kształtów realnych. Czeka nas Afryka. Mama za wszelką cenę pragnie uniknąć Afryki.
W związku z powodzeniem Sowietów na froncie, wielu bogatych Irańczyków zamienia pieniądze na kosztowności i wyjeżdża na południe Iranu. Twierdzą, że Rosja zaanektuje Iran, wbije klin w Azję, a Anglię odtrąci od irańskich złóż naftowych.
W Teheranie krążą uporczywe wieści, że z ulic Teheranu zginęło wielu białych Rosjan, którzy uszli z Rosji w czasie rewolucji. Nikt nie upomina się o nich, są nikomu nie potrzebni.
Życie w Iranie uległo stagnacji, kraj okupowany, paskarstwo rośnie, a warstwy niższe pomrukują.
Postanowiłyśmy zmienić mieszkanie. Pokój u Mme. Cornelli uciążliwy, ze względu na te ciągłe nocne birbantki, jakie urządza gospodyni po wyjeździe męża.
W oknie wystawowym wyczytałam notatkę, że na I piętrze jest pokój do wynajęcia. Zaszłam na piętro, obejrzałam pokój. Pokój śliczny, zaścielony dywanem, ma dwa widne okna na ulicę, a cena przystępna. Wynajęłam. Irańczyk w średnim wieku zapytał, kiedy zajmę pokój.
-Dam panu znać, gdy uzgodnię z matką- powiedziałam.
-Czy matka ma zamieszkać tutaj?- zapytał.
-Tak- powiedziałam.
-Pokoju nie wynajmuję.

Mama pracuje dorywczo w szpitalu, prowadzi pocztę polową i cenzuruje listy. Nasza sytuacja finansowa uległa poprawie.
Wszyscy pracownicy Delegatury otrzymali trzymiesięczne wymówienie. Obozy w Iranie ulegają likwidacji. Co począć?!
Do Teheranu przybywa coraz więcej Rosjan z rodzinami. Przypominają mi czasy okupacji sowieckiej we Lwowie. Na ulicach widzimy patrole sowieckie, a Rosjanie w cywilu, to pelikany N.K.W.D.
Postanowiłyśmy opuścić Teheran, w ogóle Iran. Jedziemy do Indii. W Teheranie było nam dobrze, był on wtórną wiosną naszego życia, upajał nas klimat, góry, obfitość żywności i owoców, możność nabycia gazety i zasypiania bez cienia lęku. Słowem, przeszłyśmy rekonwalescencję po „raju”.

Pod koniec października, szerokimi, asfaltowanymi ulicami, jedziemy w kierunku na dworzec, by pociągiem wojskowym dojechać do Ahwazu, a stamtąd popłynąć do Indii.
Budynek dworcowy nowoczesny. Z dokumentem upoważniającym do przejazdu pociągiem wojskowym, obchodzę biura kolejowe, wpierw irańskie, potem amerykańskie. Amerykanin zabrał dokument i poszedł. Po chwili powrócił, powiadomił nas, że możemy jechać pociągiem odchodzącym o godzinie 4-tej po południu.
Zadowolone siedzimy na bagażu i obserwujemy ruch na dworcu. W hali dworcowej widać żołnierzy amerykańskich, cywilów jest mało. Tubylcy korzystają z tańszych środków lokomocji. Warstwa można posiada limuzyny, biedni korzystają z wielbłąda, choć podróż taka trwa całymi tygodniami, ale u nich czas nie odgrywa roli. Potrzeby tubylców są znikome, nie łakną zachodniej cywilizacji, która mnoży potrzeby, a chcąc nadążać potrzebom, trzeba więcej pracować, a praca niszczy siły i zdrowie człowieka. Tubylcy stosują podświadomie starą, rzymską maksymę: „spiesz się powoli”.
Kilka minut przed godziną 4-tą, żołnierz amerykański zaprowadził nas do wygodnego przedziału III klasy.

Jedziemy same w przedziale. Pociąg ruszył. Krajobraz pustynny. Gdzieniegdzie występują wioski, rzadko widzimy pola uprawne. Stacyjki kolejowe murowane. Linia kolei transirańskiej została pobudowaną kilka lat przed wojną.
Siedzę przy oknie wagonu i z zainteresowaniem obserwuję krajobraz.
Ciemno było, gdy dojechaliśmy do Qumu. W świetle księżyca ujrzałyśmy złotą kopułę meczetu Fatimy.


Nazajutrz pociąg przebiegł liczne tunele przez pasma gór Zagros. Tuneli było 136-ść. Przez niektóre przejazd trwał 18 minut. U stoku gór zauważyłyśmy stada czerwonych baranów. Pogoda cudna. Górale irańscy są rośli, smukli, żyją u zboczy trawiastych gór.
Późno nocą zajechałyśmy do Ahwazu, gdzie istnieje polski obóz tranzytowy.
Obóz polski znalazł pomieszczenie w irańskim obozie wojskowym, położonym wśród palm daktylowych i drzew gumy arabskiej. Budynki murowane. Prawą stronę obozu zajmuje wojsko irańskie, a lewą my-Polacy, zaś w części środkowej istnieje szpital dla Hindusów.
W obozie istnieje porządek. Uchodźcy otrzymują pełne wyżywienie, z owocami i papierosami włącznie. Dzieci nie próżnują, uczęszczając do szkół, przedszkoli, a starsza młodzież zajęta w teatrzyku, cieszącym się powodzeniem nie tylko we własnym obozie, ale przede wszystkim w obozach wojskowych: angielskim i amerykańskim, toteż wojsko obsypuje małoletnich aktorów słodyczami.


Roślinność w Ahwazie egzotyczna. Mnóstwo palm, drzew gumy arabskiej, a w ogrodach zamożnych widzimy pielęgnowane róże. Przez miasto przepływa spławna rzeka Karun, z licznymi kataraktami, a w rzece żyją ryby-piły i rekiny.
Ahwaz jest drugim najgorętszym miejscem na świecie, panują tu szalone upały, wypalają roślinność, giną muchy i moskity. Zima trwa około 6 tygodni, stanowi porę deszczową.
Obok Irańczyków, żyją tu Arabowie, Arapowie, ci ostatni zmieszani z plemionami pasterskimi i góralami. Arapowie są zatrudnieni w plantacjach daktylowych.
Zamożni mieszkańcy żyją w murowanych willach, inni w domach z surowej, suszonej cegły, a kulisi nad piaszczystym brzegiem Karunu, pod szałasami lub na łodziach, służacych zarazem do przewozu daktyli i płodów rolnych.
Centrum miasta stanowią dwie główne ulice handlowe i kilka uliczek. Przy głównych ulicach skupiono handel, przy bocznych rezydują rękodzielnicy, przeważnie kowale w srebrze i metalach.
Za współczesnym, długim mostem, nad piaszczystym brzegiem Karunu, niedaleko współczesnego Ahwazu, żyja kulisi. Mieszkają pod nędznymi szałasami, skleconymi z płócien, zatkniętych na kijach bambusowych, by w dzień chroniły przed spiekotą słoneczną. Płótna przeważnie w strzępach, potargały je burze piaskowe, a zimą deszcze, połączone z wiatrami.
Osiedle kulisów zwarte, szałas przy szałasie. W gromadzie łatwiej oprzeć się żywiołom. Doły szałasów umocnione gliną, starymi blachami i kamieniami.
Po zachodzie słońca praca nad Karunem ustaje. Załadowane stateczki odpływały, a inne czekają na załadowanie. Brzegi rzeki zawalone plecionymi koszami, wypełnionymi daktylami, przeznaczonymi do spławu. Nieco dalej leżą stosy worków ze zbożem. Towary oblepione są rojami obrzydłych much, a tuż przy tych pustynnych magazynach, kulisi uskuteczniają swe potrzeby fizjologiczne.
W osiedlu kulisów kipi woda. Arapki, ze srebrnymi ozdobami w uszach i na nogach, mięsią ciasto na placki chleba, a te żyjące na stateczkach, przebierają ryż.
Mieszkańcy pustyni są brudni, obdarci. Dzieci biegają nago, większość dzieci pokryta jest ropiejącymi ranami, obsiadłymi przez roje much.
Mimo trudnych warunków życiowych, twarze kulisów zdradzają zadowolenie, a kiedy zejdzie księżyc, otaczają patriarchę rodu, wspólnie śpiewają i wysłuchują starych baśni, jak biedny syn wieśniaka zapałał gorącą miłością do córki sułtana.
Kulisów często nawiedzają epidemie, ale ubytek wyrównuje niewspółmiernie wysoki przyrost naturalny. Im mahometanin uboższy, tym więcej ma żon. Stanowią one siłę roboczą.

Nad miastem dominuje olbrzymi elewator zbożowy, a obok ciągną się ogrody, pokryte kanałami irygacyjnymi, w których rosną sosny, świerki, niskopienne krzewy granatowców, drzewka słodkich cytryn, agawy, różnorodne kaktusy i mnóstwo pachnących kwiatów.
Wioski Arabów są czworokątne, kopulaste, zbudowane z gliny, a okna wychodzą do wnętrza czworoboku. Do wioski idą dwie bramy, a pośrodku wioski istnieje bazar, gdzie wszyscy handlują. Prócz tego bazar stanowi miejsce spotkań i zastępuje gazetę. Transakcję handlową poprzedza zbijanie ceny. Jeśli ktoś wszczął targ, drugiemu nie wolno ceny podbijać.

Mama choruje na urticarię, przyczyną jest mleko i masło bawole. W okolicy Ahwazu nie trzymają krów, bo bawół wytrzymały na upały.

Niedaleko naszego obozu jest stacja kolejowa. W jednym z wagonów nastąpił wieczorem wybuch amunicji. Dzielny Amerykanin podjechał lokomotywą pod pociąg wybuchającej amunicji i odczepił wagony nie objęte pożarem, które zawierały bomby lotnicze. Wielu ludziom uratował życie, choć sam doznał poważnego poparzenia.

30 listopada. Bagaż gotowy do drogi. Nazajutrz, pod wieczór, ciężarówki odstawiły nas na stację kolejową, gdzie czekał pociąg osobowy. Około północy pociąg ruszył, obiegła nas wieść, że do Indii popłyniemy polskim statkiem motorowym „Batory”.
„Cóż by to była za radość, gdybyśmy popłynęły „Batorym”- pomyślałam.
Znużone turkotem pociągu, ległyśmy na twardych ławkach i zasnęły.

2 grudnia zbudziło nas słońce. Mijamy pola uprawne, gaje palmowe daktyli, a na horyzoncie zamajaczył las kominów statków, zakotwiczonych w porcie Koramschar, w zatoce Schatt el Arab.
Oficer statku rozdał bilety do kabin I i II klasy, po czym z ręcznym bagażem, po pomoście, weszłyśmy na statek.
Batory zmieniony tak wewnątrz, jak i zewnątrz. Został upodobniony do szaro-sinych wód mórz. Bawialnie zniesiono, wszędzie prycze, bo statek pełni obecnie rolę transportowca. Portret króla Batorego nadal patronuje statkowi. Poznaję niektórych oficerów i podoficerów z przedwojennej obsługi. Załoga statku mieszana polsko-angielska, a statek uzbrojony. W jadalni zmiany nie zaszły, nawet nakrycia te same.

Pod zachód słońca zahuczała syrena, hodownik odciągnął statek od brzegu, poszła w ruch śruba i płyniemy spokojną rzeką ku zatoce.
Twarze uchodźców roześmiane i zadowolone. Brzegi rzeki obfitują w roślinność, mijamy przybrzeżne osady, a wieczorem wpłynęliśmy do Zatoki Perskiej. Statek płynie wzdłuż brzegów Iranu.
Większość dnia spędzam na pokładzie i oglądam wspaniałe widoki. Statek płynie powoli. Widzę brzegi Arabii.
Na statku mieliśmy chrzest i św Mikołaja. Wielu siedzi w barze, grywa w bridża, a niektórzy nie zaniedbują nauki języka angielskiego.
Czas szybko schodzi. Dopłynęliśmy do załamania zatoki zwanej Hormuzem, potem wpłynęliśmy w Zatokę Oman. W tej zatoce mieliśmy postój. „Batory” czekał na statki cysterny z ropą naftową.
W miarę dopływania do Morza Arabskiego, odczuwamy ciepłe i wilgotne powietrze. Powoli dopływamy do brzegów Indii.
Opuściliśmy „Batorego”, skrawek suwerennego Państwa Polskiego i zeszliśmy na ziemię Aryan, w porcie Karachi.