„Pamiętnik Ewy”- taka przesyłka dotarła do Rodziny w latach 80-tych. „Oddać do rąk Janiny D”. Pomimo starań, nigdy nie udało się dotrzeć do adresatki. Pamiętnik budził emocje. Wspomina się tam miejsca i ludzi dobrze Rodzinie znane, gdyż Ewa okazała się odległą w czasie i przestrzeni kuzynką, mieszkającą gdzieś na Antypodach, z którą Rodzina straciła po wojnie kontakt. Pamiętnik przeleżał w szufladzie 30 lat. Nadszedł czas, aby podzielić się nim z Wami. Są to prywatne notatki, nigdy nie szykowane do publikacji, dlatego emocje w nich zawarte, często naiwne i patetyczne, są prawdziwe, a nie obliczone na efekt wstrząśnięcia czytelnikiem.

Zapraszam Was na wędrówkę w czasie i przestrzeni. Naszym przewodnikiem będzie Ewa Wojakowska-dziewczyna, która prowadziła przed wojną normalne, beztroskie życie, zanim jej świat się rozpadł.

Przepisując Pamiętnik nie ingeruję w składnię zdań, ani w archaiczną pisownię wyrazów. Poprawiam jedynie literówki, interpunkcję, kolejność słów tam, gdzie zaznaczyła to autorka. Ilustracje pochodzą z zasobów internetu, lub z archiwów własnych. Wprowadziłam je jako dekorację, nie stanowią one elementu pierwotnego pamiętnika. Konwencja bloga wymaga nadawania tytułów postom. Również owe tytuły nie są częścią pamiętnika.

Informacja dla nowych czytelników:

Po prawej stronie znajduje się link do początku historii Ewy.

Przed skopiowaniem fragmentów pamiętnika na inne portale, prosimy o zwrócenie się o zgodę!

poniedziałek, 7 marca 2011

Tu jest nasze miejsce zesłania...

19 kwietnia. Mijamy pola, łąki i nędzne wioski. Pociąg rzadko przystaje. Z rozmowy strażników wynika, że pociąg zdąża w kierunku Woroneża. Mama zmontowała partię bridża. Gramy bez przekonania, tak dla zabicia czasu.
W wagonie mamy dwa prymusy, a Szymański wiezie bańkę nafty. Rozpaliliśmy prymusy, trzymając je w rękach, zaś inni trzymali nad prymusami garnki z wodą. Dzięki prymusom piliśmy gorącą herbatę lub kawę.
O północy pociąg zwolił biegu. Przejechaliśmy most, przerzucony przez rzekę Don i mieliśmy postój w śpiącym Woroneżu. Dano nam obiad: zupę z kapusty, kaszę na słodko i po zmielonym zrazie. Tu doszła nas wieść, że nasza wariatka poderżnęła sobie gardło i że odstawiono ją do szpitala w Woroneżu. Po godzinnym postoju pociąg ruszył. Leżąc na posłaniu, zaniosłam modły i rozpamiętywałam przeszłość.

20 kwietnia 1940. Profesor Urban posiada atlas i śledzi naszą trasę. Z ruchu pociągu wynika, że zmierzamy na Moskwę. Cały dzień wyczekiwaliśmy Moskwy. W nocy pociąg przystanął, ktoś obwieścił Moskwę.
Po chwili pociąg ruszył i stanęliśmy na bocznym torze w Saratowie. Postój był krótki. Przez niskie, podłużne okienko, pragnę ujrzeć Wołgę, królową rosyjskich rzek.
Pociąg zwolnił biegu, wjechał wolno na długi most przerzucony przez Wołgę. Pod nami płynie Wołga, na rzece widzimy rozkołysane barki, stateczki i łodzie. Stateczki oświetlone różnokolorowymi światełkami, słychać smętny śpiew flisaków, bałałajki i przeciągłe, melodyjne harmoszki. Wzbudziło to u nas uczucie romantyzmu, że na Wołdze istnieje jeszcze ta dawna, wesoła, rozśpiewana i syta Rosja.


21 kwietnia. Pociąg pędzi w kierunku południowego wschodu. Wróżyliśmy sobie południe Rosji. Okolica interesująca, występują sady owocowe i zielone łąki, ale wioski są nędzne.
Baboniowa znowu przepowiedziała cofnięcie nas spod gór Uralu. Słuchamy i przytakujemy, ale nie wierzymy.
„Poddani” moi wzniecili bunt, że tylko ja z Freydenbergiem chodzimy po prowianty i zażywamy świeżego powietrza.
-Dobrze. Odtąd wszyscy będą chodzić po prowianty w ustalonej kolejności- zapowiedziałam.
Pod wieczór mieliśmy postój. Po prowiany poszli: profesor Urban i Irena Pogonowska. Powrócili zmęczeni, rozbili wiadro i pozostaliśmy bez wody. Odtąd nikt nie pragnął zażywać świeżego powietrza.

Nazajutrz, 22 kwietnia przed południem, osiągnęliśmy miasto Uralsk. W Uralsku doszły nas słuchy, że jedziemy w głąb Azji sowieckiej.
Stanęliśmy w innej części świata- w Azji.
Dochodzi pora obiadowa. Nie widzimy dymów z kominów. Twarze ludzi uległy zmianie. Na stacji kolejowej są zatrudnieni tubylcy o szerokich twarzach, wystających kościach policzkowych i śniadej cerze.
Po zafasowaniu prowiantów: chleba, cukru i wody, pociąg ruszył. Minęliśmy rzekę Ural i wjechaliśmy w łąki, łąki, łąki... W dzień pociąg mknie zawzięcie, nocą zaś odpoczywa przez kilka godzin.

23 kwietnia. Krajobraz uległ gwałtownej zmianie. Wjechaliśmy w stepy pokryte bujną trawą i barwnymi kwiatami. Mijamy też łyse stepy, naniesione wydmami piaszczystymi i fałdami sypkiego piachu.

24 kwietnia. Pociąg stanął na pustyni. N.K.W.D. otworzyło wagony i pozwoliło nam wyjść. Z pociągu wyniesiono trzy ciała zmarłych, wykopano mogiły i złożono na wieczny spoczynek. Nie zdążyli dojechać do miejsca zesłania.
Powietrze stepowe upijało nas. Po godzinnym postoju pociąg ruszył. Wjechaliśmy w ponurą część stepu, pokrytą wydmami piaszczystymi, a gdzieniegdzie występowały krzewy dzikich migdałów.

25 kwietnia. Wczesnym rankiem mijaliśmy step pokryty szronem. Później stwierdziliśmy, że były to stepy sołonkowe, wykwity soli występujące w pobliżu jeziora Aralskiego.
Postój w Aralsku, w pobliżu jeziora Aralskiego, zwanego przez Rosjan morzem, trwał krótko.
Osiągnęliśmy Kazachstan, kraj Kazachów- ludzi krępych o czarnym zaroście, czarnych oczach, ciemnym odcieniu skóry, noszących baranie czapy. Mijamy wioski Kazachów, ulepione z gliny.
Pociąg zwolnił biegu, wjechał na most, przerzucony przez rzekę Syr Daria, starożytny Yaxertes. Woda w rzece mętna, żółta, a brzegi rzeki strome. Zdążamy na południe. W wagonie odczuliśmy wpływ południa, zrzuciliśmy z siebie ciepłą odzież. Hryniewiecka zdjęła ze sześć kombinacji.
Profesor Urban śledzi atlas, doszedł do przekonania, że jedziemy w kierunku na Taszkient, czyli do Uzbekistanu.
W nocy pociąg stanął w Arisie, stacji węzłowej. Dali obiad. Znowu kapuśniak, kaszę na słodko i po mielonym zrazie.
Po krótkim postoju pociąg ruszył. Wyczekujemy Taszkientu. Tymczasem pociąg zmienił kierunek, zdążamy na wschód.
Wjechaliśmy w stepy. Zapewne wiozą nas na Ałma Ata.


26 kwietnia. Pod wieczór osiągnęliśmy stację kolejową Ałma Ata. Mieliśmy dłuższy postój. Krawiec Szymański nabył kilka słoików kompotu z jabłek.
Domy w Ałma Ata schludne, ludzie lepiej odziani, jak w Rosji europejskiej i są dobrze odżywieni. Widzimy tubylców-Kazachów. Kazaczki noszą wysokie trzewiki i długie, aksamitne suknie w jaskrawych kolorach. Uszy mają ozdobione kolczykami ze srebra, a szyje zdobią naszyjniki ze srebrnych monet cesarskich.
Nocą ruszyliśmy. Za Ałma Atą kilometrami ciągną się kultywowane sady owocowe. Po godzinnej jeździe pociąg stanął wśród stepu, gdzie istniał domek dróżnika kolejowego. Na postoju tym panował przejmujący chłód, więc sięgnęliśmy do walizek i wdziali ciepłą odzież.
Nad ranem pociąg ruszył. Z obu stron toru ciągną stepy. Po przejechaniu rzeki Ili, wpływającej do jeziora Bałchasz, minęliśmy góry Ala Tau. Wieczorem pociąg stanął na rozjeździe i stał przez całą noc. Ruszył dopiero rano.

28 kwietnia. Krążymy w pobliżu jeziora Bałchasz. Na jednej z większych stacji kolejowych otrzymaliśmy znowu kapuśniak, kaszę na słodko i po jednym zrazie.
Wieczorem mijaliśmy podnóże gór Tarbagataj, których szczyty były pokryte śniegiem.

29 kwietnia. Pod wieczór osiągnęliśmy stację kolejową Ajaguz. Mama wyjrzała przez okienko, na głos zawołała:
-Tu, tu jest nasze miejsce zesłania., widziałam je we śnie.
Współpodróżni milczeli, a ja popadłam w zamyślenie. Nie trwało długo, odczepiono od pociągu lokomotywę. Wypełzli wartownicy i chodzili przed wagonami.

30 kwietnia. Zewsząd poczęły napływać samochody ciężarowe i dwukołowe arby, zaprzęgnięte w woły.
Opróżniano wagon po wagonie, a Kazachowie rozbierali „białych niewolników”.


sobota, 5 marca 2011

Podróż z obłąkaną.

Powoli znika Lwów. Pociąg mknie zawzięcie. Przed oczyma migają obrazy Polski, pola pokryte bujną oziminą, długie rzędy skib, czarnej, tłustej ziemi, pachnące lasy i schludne wioski.
Zapadł zmrok, przysłonił nam krajobraz Polski. Leżę na posłaniu wsłuchana w turkot rozpędzonej lokomotywy i zgrzyt kół wagnonów.
Nazajutrz, 15 kwietnia, mieliśmy postój w Złoczowie. Wydano nam chleb, cukier i wiadro wody.
Stoimy w Złoczowie, mijają nas liczne pociągi z deportowanymi. Baboniowa ze skrajnego pesymizmu, wpadła w optymizm. Pociesza nas, że na cały świat wysłano depesze o tym barbarzyństwie i pod naporem opinii publicznej, Sowieci zostaną zmuszeni do odstąpienia od tego szatańskiego planu deportacji.
-Zobaczycie, granicy Polski nie przekroczymy- zapewniała nas Baboniowa.
Tymczasem pociąg ruszył i gna na wschód.
Dusanowa popadła w silny roztrój nerwowy. Już nie panuje nad sobą. Dla otoczenia jest niebezpieczną. Pilnujemy ją. Dłuższy postój mieliśmy w Tarnopolu. Od Tarnopola w wagonie nastała przygnębiająca cisza. Nikt nie mówi, każdy walczy z własnymi myślami.
Po południu stanęliśmy w Podwołoczyskach, ostatniej stacji granicznej Państwa Polskiego. Otrzymaliśmy po raz wtóry prowiant z zastrzeżeniem, że to już na jutro.
Poszłam z Freydenbergiem po prowiant. Wracająć, doznałam dziwnego uczucia, że opuszczam Ojczyznę. Przed oczyma widziałam obrazy kibitek, tajgi i Syberii. Odeszłam w bok i z pod płotu zaczerpnęłam pełną garść ziemi, ziemi polskiej. Podniosłam kilka polskich kamyczków, zerwałam gałązkę z polskiego krzewu, oblepioną zielonymi pączkami i powróciłam do swoich.

Ziemię polską podzieliłam wśród wszystkich, aby była zarzewiem łączności z ojczyzną, by przewodziła nam i zawiodła nas do wolnej i niepodległej Polski.
Znowu przeliczono nas. Człowiek, jako jednostka, nie wchodzi w rachubę, stanowi ilość niewolników czerwonego cara.

Słońce zachodzi krwawo, kryje swe oblicze, jak gdyby nie chciało patrzeć na tragedię Narodu Polskiego.
Mijamy granice Polski, żegnamy Polskę znakiem krzyża świętego i znak krzyża wznosimy na ziemię, gdzie krzyż splugawiono.
Baboniowa wygłasza proroctwo, że zawrócą nas od Kijowa.

Wjechaliśmy na teren Związku Sowieckich Republik Rad. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej krajobraz uległ zmianie. Przy jednym z okienek siedzą profesor Urban i krawiec Szymański i bacznie obserwują. Mijamy pola, pokryte nędzną oziminą, rzadko występują wioski, wygląd wiosek przygnębiający.Chaty zaniedbane, zagrody nie opłotowane, nigdzie nie widać człowieka. Ciekawe, że dotąd nie zauważyliśmy sadów owocowych. Również drogi świecą pustkami.
Profesor Urban i Szymański znają Rosje sprzed rewolucji, kiwają głowami.
-Boże, jaka okropna nędza panuje na tej urodzajnej ziemi.

Pociąg stanął na jakiejś małej stacyjce. Budynek dworcowy obdrapany, na peronie stoją wieśniacy nędznie odziani.
Mama, przeglądając podręczną torbę z prowiantem, stwierdziła, że część chleba spleśniała. Podaje mi spleśniały chleb, abym wyrzuciła oknem. Wyrzuciłam chleb przez okno, a wieśniak pozbierał ten spleśniały chleb.
Na zjawisko to patrzymy ze zdziwieniem.
Nazajutrz rano, profesor Urban zapowiedział, aby chleba nie wyrzucać.
-Kto ma nadmiar, niech mnie odda.

Stan Dusanowej uległ pogorszeniu. Zdziera z siebie rzeczy i śpiewa, to wyzywa nas. Ostatnio poczęła węszyć za nożem. Codziennie zgłaszam strażnikowi, ale bez skutku. W końcu, dla naszego bezpieczeństwa, zostaliśmy zniewoleni powiązać Dusanową sznurem.

Krajobraz Ukrainy bez zmian. Widzimy chaty, źle odzianych ludzi, zdewastowane lasy.
Profesor Urban i Szymański opowiadają swe przezycia z Rosji za czasów rewolucji. Z rozmów ich wynika, że w Rosji panował wielki głód.

Pociąg mknie, mijamy nawet większe stacje kolejowe. Kiedy zapadł zmrok, odmówiliśmy wspólną modlitwę i wystawili dyżur przy Dusanowej.
Ległam na posłaniu. Długo nie mogłam zasnąć, wreszcie, ukołysana turkotem kół wagonów, zasnęłam. O północy pociąg stanął na rozjeździe, a przed wagony wypełzli strażnicy z karabinami najeżonymi bagnetami.

17 kwietnia rano zbudziły mnie promienie słońca. Pociąg mknie na Kijów. Krajobraz bez zmiany z tą różnicą, że występują lasy sosnowe i rozległe łąki, na których zauważyliśmy bociana. Jesteśmy na chleborodnej Ukrainie, widzimy apatycznych, wybiedzonych ludzi, których twarze są przygnębione.
Zadajemy sobie pytanie: „gdzie ta rozśpiewana Ukraina?” Czasami widzimy zabłąkanego wróbelka, uciekającego przed rozpędzonym pociągiem. Ptactwo stroni od siedzib ludzkich, bo nie chce paść ofiarą głodnych ludzi.

Pod zachód słońca osiągnęliśmy rzekę Dniepr i wjechaliśmy na długi, stalowy most. Pociąg sunie powoli, woda w rzece mętna, płynie wartko, występują liczne wiry. Zazdrościmy wodom, że mogą płynąć, są wolne i nieskrępowane, a nas wiozą w zamkniętych wagonach pod uzbrojoną strażą. Lokomotywa, ten wspaniały wynalazek Stephensona, miast być pożyteczną człowiekowi, wlecze nas, bezbronnych, w zapadły świat. Świat niewiadomego jutra.
Minęliśmy historyczny Kijów, gdzie na wzgórzach, opodal spławnej rzeki Borystenes, późniejszego Dniepru, bogatej w ryby, jeszcze w II wieku naszej ery, osiedli Lędzianie, późniejsi Polanie, obecnie Polacy i Kijów pamięta króla Bolka, zwanego Chrobrym.
Pociąg przystanął na wzgórzu, wśród lasów sosnowych, skąd widok na dolinę, gdzie wegetuje współczesny Kijów.
„Pasterze” N.K.W.D. przeliczyli swoje stado, wydali prowiant i nie zabrali obłąkanej.

Dzisiaj wypadł dyżur na mnie i Zygmunta Urbana. Siedzę na pryczy, a Zygmunt na tobołku i pilnujemy obłąkanej.
Wariatka podeszła do mnie, zapytała:
-Czemu pani nie śpi?
-Myśli nie dają mi spać- powiedziałam.
-Dlaczego ma pasek przy spodniach?- zapytała.
-Aby mu spodnie nie spadły- na to cały wagon wybuchnął śmiechem.
-On chce mnie tym paskiem zamordować!- krzyczy wariatka
W nocy pociąg ruszył. Nikt nie śpi. Z jednej strony turkocą koła wagonów, z drugiej krzyki obłąkanej.

Nazajutrz, 18 kwietnia, wariatka napastuje mnie, abym pozwoliła podarować Zygmuntowi Urbanowi ubranie.
-Nie wyrażam zgody, aby pani dawała prezenty, bowiem Zygmunt jest moim narzeczonym.
-Przecież pani ma męża- powiedziała wariatka.
-Ja? Nic podobnego! To pani pokazała mi fotografię swego mężą- zastrzeliłam ją.
Wariatka nadal skomli i błaga. Na uspokojenie wyraziłam zgodę na podarowanie ubrania Zygmuntowi pod warunkiem, że doda zielona krawatkę.
Wariatka wyrzuciła wszystko z walizek i szuka zielonego krawatu, a kiedy nie znalazła, błagała mnie:
-Duszo droga, pozwól mi dać ubranie bez zielonej krawatki.
Około południa wariatka zrzuciła z siebie odzież, była zupełnie nago i rozpoczęła makabryczny taniec. Ród męski obezwładnił ją i powiązał sznurami.
Odetchnęliśmy. W zamkniętym wagonie panuje zaduch, toteż nękają nas bóle głowy. Ratowała nas Plechawska, zaopatrzona w podręczną apteczkę.
Ponury obraz Rosji Sowieckiej przygnębia nas. Dzisiaj nie obserwowaliśmy krajobrazu, tylko wypoczywali po nieprzespanej nocy.
Około północy osiągnęliśmy pogrążone w ciemnościach miasto Kursk. Tu i ówdzie migotały blade światełka. W Kursku wydali nam obiad. Zupę z kapusty, kaszę na słodko i po mielonym zrazie.
Na nasze usilne nalegania zabrano wariatkę. Przeliczyli nas, po czym pociąg ruszył. Mknie z takim pośpiechem, jakby nadrabiał stracony czas.

czwartek, 3 marca 2011

W wagonie.

Ciężarówka mknie ulicami Lwowa. Na ulicach panuje ruch, ludzie zdążają do zajęć i do ogonków za chlebem. Miny przechodniów wylęknione, spoglądają z ukosa, są zastraszeni, aby ciężarówka nie przystanęła i nie włączyła ich do transportu.
Baboniowa usiadła na tobołku, wlepiła nieme oczy w znikające ulice drogiego Lwowa i zastygła w bezruchu. Nie przemówiła do nas ani słowem.
-Wiozą nas na dworzec główny- powiedziałam.


Zajechaliśmy na dworzec, gdzie zastaliśmy wielki ruch. Tory kolejowe zatłoczone polskimi wagonami towarowymi, ozdobionymi kominami. Stacja kolejowa zagęszczona „czarnymi pelikanami” i żołnierzami N.K.W.D. Są uzbrojeni. Zewsząd zjeżdżają ciężarówki załadowane mieszkańcami Lwowa. Zza wąskich, okratowanych okienek wagonów towarowych wyglądają znękane twarze.
Ciężarówka mija zatłoczoną stację kolejową, zjechała nieco w bok i stanęła przed długim pociągiem towarowym. „Czarny pelikan” spojrzał na spis, porównał numer wagonu, po czym nakazał podjechać dwa wagony w przód.
Żołnierz N.K.W.D. odsunął drzwi krytego wagonu towarowego, wrzucono nasz bagaż i nas tam wsadzono. Jesteśmy w sowieckiej „stołypince”-wagonie towarowym. Po obu stronach wagonu są dwupiętrowe prycze z nieoheblowanego drzewa. U dachu wagonu umieszczono cztery podłużne okienka. Pośrodku wagonu wycięto w podłodze otwór, oblachowano go, służy nam za locus, a u dachu sterczy kawał samotnej rury, imitującej na zewnątrz piec, którego w rzeczywistości nie ma. W wagonie panuje półmrok.
-Trzeba zająć miejsca- powiedziałam do mamy.
-Nie mam energii, ani siły, by legnąć w tym brudzie.
-Na pewno dorzucą nam więcej ludzi, zajmijmy choć miejsca przy okienku, abyśmy miały czym oddychać– powiedziałam.
Zajęłyśmy miejsca na górnej pryczy tuż przy okienku. Baboniowa stanęła w kącie obok pryczy i zamarła w bezruchu. Żadne słowa, ani prośby, by zajęła miejsce, nie skutkowały.
Co chwila kogoś dorzucają. Na podłodze wagonu, pomiędzy pryczami, powstał stos walizek i tobołów. Koło godziny 10-tej „czarny pelikan” uznał, iż dość w wagonie.
Wygnańcy stanęli przy tobołach, są głusi, zasępieni, niemi i bez ruchu. Nawet tych czterech mężczyzn uległo zobojętnieniu.
Zza okienek wagonu obserwujemy przedmieście Lwowa. Z kominów domów mieszkalnych uchodzą dymy, zapewne gotują obiad. Lwów skąpany w złotych promieniach słońca. Mamy sobotę, dzień poświęcony Matce Boskiej. Obserwuję niskie domki, ogrody czekające na przekopanie i ten las anten radiowych. Wszystko mi drogie, przecież Lwów miastem mej kołyski, mego życia, a odtąd będzie miastem moich snów.

Ofiary reżimu sowieckiego sposępniały. Doszłam do przekonania, że sytuacja taka nie może trwać dalej. Przerwałam tę ciszę i zabrałam głos. Oczy nieszczęśliwców patrzą w moją stronę, upatrują we mnie przewodnika.
Wpierw zaleciłam rozlokowanie bagażu, następnie zajęcie miejsca, by służyło do siedzenia i spania.
Po godzinie znikły toboły, ułożono je pod pryczami, zajęto miejsca na pryczach i wyczekiwano, co dalej.
Walę w drzwi wagonu, przyszedł wartownik, zapytał, czego chcemy?
Tłumaczę, że wielu pragnie pójść na stronę, proszę o uregulowanie tej kwestii.
-Tam w wagonie do tego celu istnieje otwór w podłodze- wyjaśnił wartownik.
Zarządziłam, aby otworu używano, o ile to możliwe, trzy razy dziennie. Zapytałam:
-Może ktoś ma koc, lub coś podobnego, co by mogło posłużyć za zasłonę, niech zaraz zgłosi.
Profesor gimnazjalny- Urban- oddał na ten cel obszerną, czarną pelerynę. Zgodnie z moim zarządzeniem rozpoczęto używanie locusu. Dwie osoby trzymają pelerynę, a trzecia korzysta z otworu. Po wagonie rozeszły się nieprzyjemne zapachy.

W naszym wagonie załadowano 25 osób. Nawiązuję rozmowy z wygnańcami, by dociec z kim jadę i za co ci ludzie zostali skazani na deportację.
W wagonie naszym jadą:
  1. Gąsowska z córką, żona sędziego, mąż zaaresztowany.
  2. Hryniewiecka, Ukrainka, z córką magister praw, żona sędziego, mąż również zaaresztowany.
  3. Baboniowa, nauczycielka gimnazjalna, żona pułkownika- lekarza. Mąż osadzony w więzieniu.
  4. Plechawska Olga, żona adwokata, mąż oficer rezerwy w niewoli sowieckiej.
  5. Wiczyńska Zofia, żona komisarza policji.
  6. Urban Piotr, profesor gimnazjalny z żoną i rodziną: córką Ireną- zamężną miesiąc przed wybuchem wojny za oficera rezerwy (mąż w niewoli), córką Marią-uczennicą gimnazjalną, synem Zygmuntem- absolwentem Politechniki Lwowskiej oraz siostrą męża córki Ireny- Heleną Pogonowską. N.K.W.D. przyszło po Irenę, ale oczarowało ich zasobne mieszkanie, więc zabrali całą rodzinę.
  7. Hłodzikowa z dwiema córkami. Zabrali je za syna Kazimierza, ucznia gimnazjum, osadzonego w więzieniu.
  8. Dusanowa, żona posterunkowego Policji Państwowej.
  9. Szymański, krawiec z żoną, trojgiem małoletnich dzieci, wraz z bratem żony, ekspedientem sklepowym.

Zachodzimy w głowę, za co wywożą Szymańskiego? Własnego sklepu nie posiadał, oficerem nie był. Posiadał własny skromny warsztat krawiecki, szył ubrania cywilne i mundury wojskowe. Szymański również zachodził w głowę, w końcu doszedł do wniosku, że szył oficerom mundury, więc był w bliskim kontakcie z oficerami.

Po wieczór wartownik odchylił drzwi wagonu. Przed wagonem stała jakaś komisja. Do środka wagonu wszedł nieuzbrojony oficer N.K.W.D. i odczytał spis deportowanych. Kilku osób, między innymi i mnie, na spisie nie było. Dopisał nas i wyszedł.
Z szarówką zarządziłam wspólne modły i odśpiewaliśmy „Pod twoją obronę uciekamy się”.
Baboniowa dalej stoi, popadła w melancholię.
Usiadłam na posłaniu i zanoszę modły wieczorne. Zabłysły światła Lwowa, na sklepieniu niebios jasno świecą gwiazdy, ruch na stacji kolejowej ustał, jedynie „rabotnicy” N.K.W.D. czuwają, by nikt nie uciekł.
Znużona spojrzałam na drogi Lwów, kto wie, czy zobaczę go znów? Przyłożyłam głowę do posłania i zasnęłam.

Niedziela, 14 kwietnia 1940. Jeszcze stoimy we Lwowie. Nastaje brzask dnia. Wartownik odchylił drzwi, zapowiedział, aby dwie osoby poszły po prowiant.
Zabrałam koc, wiadro, a do pomocy dobrałam Freydenberga i poszliśmy po prowiant. Wydali nam chleb, po 600 gramów na osobę, trochę cukru i wiadro przegotowanej wody. Idąc, w drodze powrotnej, policzyłam, iż pociąg liczy 50 wagonów towarowych.
Rozdzieliłam prowiant i rozpoczęto spożywać śniadanie. Baboniowa pobrała chleb i zajęła miejsce na pryczy.

Ze wschodem słońca poczęli napływać Lwowianie pod nasz pociąg. Baboniową odnalazła jej siostra, podała jej pakuneczek. Baboniowa przerwała milczenie. Po chwili przybyła pod nasz wagon ciocia Stasia, przyniosła nam paczuszkę: butelkę kawy, słoik konfitur, chleb, trochę cukru i tabliczkę czekolady.
-Dajcie znać na Pełczyńską-zawołałam przez okienko do cioci.
-Jeszcze wczoraj poszedł tam Lojzek- powiedziała ciocia.
Szymańskim przywiozła rodzina mnóstwo prowiantów, między innymi ugotowaną szynkę. Szymańscy serdecznie traktowali szynką wszystkich.
Piłyśmy kawę, którą przyniosła ciocia, a łzy spływały po twarzy.
Czatowałam przy oknie i oczekiwałam kogoś z ulicy Pełczyńskiej, ale niestety.

Po południu Dusanowa poczęła zdradzać objawy choroby umysłowej. Wydobyła spod pryczy walizkę, otworzyła i krzyczała:
-Chodźcie zobaczyć, czy mam złoto, o co mnie ciągle posądzacie!
Wyrzuciła wszystko z walizki, następnie pozbierała i z powrotem zapakowała. Wówczas powstał lament:
-Ona zapakowała moje rzeczy!
Znowu mieliśmy przegląd pasażerów, a około godziny 5-tej pociąg ruszył.
Freydenberg przez okno wołał na całe gardło:
-Niech żyje Polska!
Nie widzieliśmy kierownika ruchu, ani nie słyszeliśmy sygnału odjazdu. Ujechaliśmy kilkaset metrów, w tym ujrzeliśmy pomiędzy torami kapłana. Miał na sobie stułę. Uniósł w górę ręce i błogosławił nas, każdy wagon z osobna przeżegnał i rozgrzeszał. Uklękliśmy w wagonie i zanieśliśmy modlitwę.

wtorek, 1 marca 2011

Pożegnanie z domem.

10 kwietnia 1940. Lwów został wstrząśnięty do głębi nową falą aresztowań, jakie miało miejsce ostatniej nocy. Aresztowano kilka tysięcy mężczyzn. Ci, którzy uniknęli aresztowania, chodzą, jak błędni, sypiają w pobliskich lasach, w ogrodach i na polach..
Jazda na Zamarstynów uciążliwa. W pierwszych dniach kwietnia mam „wychodnoj”, poczynię starania o zmiane pracy.
Uzyskałam przeniesienie do ogrodów Klimowicza, położonych naprzeciw naszej kamienicy. Oprócz tego wyszłam do miasta, a może znajdę zajęcie w restauracji, gdzie będzie można coś zjeść?
12 kwietnia zajęłam miejsce w ogonku przed artelem restauracyjnym. Postanowiłam zostać kelnerką. Ogonek był długi, czekały niewiasty w różnym wieku, bo każdej zależy nie tyle na pracy, ile na zjedzeniu gorącego posiłku.
Po godzinnym wyczekiwaniu wyszedł dyrektor artelu. Był średniego wzrostu, liczył ponad 30 lat. Trochę łysawy, w długich butach i granatowej rubaszce po wierzchu. Dyrektor przeszedł długi ogonek, spozierając na nas od stóp do głowy. Wybrał dwie: młodą Żydówkę i mnie. Wręczył nam numerki i polecił przyjść jutro do pracy.

Dyrektor nie budził zaufania. Po naradzie z mamą, zrezygnowałam z pracy, jako kelnerka, a postanowiłam podjąć pracę w ogrodach Klimowicza.
Po południu przypadkowo spotkałam na ulicy Ukraińca Kobowa, obecnie dyrektora gimnazjum w Przemyślanach. Przybył do Lwowa, aby ostrzec Wojtusia Zimmermanna, bowiem ojca jego aresztowano. Pobiegłam ostrzec Wojtusia, ale nie zastałam go. Poprosiłam, by jutro przyszedł do mnie.

Wieczorem zagrzałam dwa baniaki wody i wzięłam kąpiel. Około godziny 10-tej wieczorem zaszłam do cioci Stasi, mieszkającej na parterze. Wuj Eli, drżącym głosem, opowiadał:
-Już od rana w naszej bramie stoi „pelikan”- tak nazywano enkawudystów w cywilu –Dzisiaj w nocy będą wielkie aresztowania, bowiem zarekwirowano wszelkie pojazdy mechaniczne, nawet wozy pocztowe.
Po ciele przeszedł mnie dreszcz. Doznałam dziwnego uczucia niepokoju. Pobiegłam do domu, zgasiłam światło i poszłam spać. Leżąc w łózku, pomyślałam: „Czyżby to miała być moja ostatnia noc w tym mieszkaniu?”
Usiłuję zasnąć, ale nie mogę. Wreszcie zmorzył mnie sen, drzemię. W tym zerwał mnie przeraźliwy dzwonek, a mogła to być godzina jedenasta. Dzwonek coraz przeraźliwszy, słyszę walenie w nasze drzwi do przedpokoju. Mama przyszła do mego pokoju, drży, jak osika, pyta:
-Ewo, co to będzie, co mam robić?
Dzwonek i walenie w nasze drzwi ani na chwilę nie ustaje. Dobijanie coraz natarczywsze. Kładę mamę do łóżka i rozgrzewam własnym ciałem. Powoli przychodzi do siebie. Przytulone czekamy. Po głowie przebiega mi myśl: „na pewno nas wywiozą”. W myśli obejmuję mieszkanie, jak spakować i co zabrać?
Dzwonek nie ustaje, a walenie w drzwi natarczywe. Koncert ten trwał do godziny 3-ciej rano, potem przystąpiono do wyłamywania drzwi. Widząc beznadziejną sytuację, postanowiłyśmy otworzyć drzwi. Mama podeszła i otworzyła drzwi. W drzwiach były już poważne szpary od wyłamywania bagnetem. Pod drzwiami zastałyśmy: czarnego pelikana, oficera N.K.W.D. w mundurze, trzech żołnierzy N.K.W.D. z wymierzonymi karabinami oraz dwóch uzbrojonych milicjantów.
Czarny pelikan obwieścił:
-Przeprowadzimy rewizję. Uzbrojona horda weszła do mieszkania, zaszli do pokoju mamy, podeszli do podręcznego neseserka, stojącego na nocnym stoliku, otworzyli neseserek i przeprowadzili szczegółową rewizję. Skonfiskowali złote, austryjackie talary, zaś kolczyki brylantowe, oprawione w platynę, drugie w szmaragdy, pierścionki z rubinami i brylantami oraz inne części biżuterii wartościowej, odrzucili, jako „szkło w srebrze”.
Na nocnym stoliku leżał ręczny, złoty zegarek damski. Mama patrzy-zegarek znikł. Ukradły go „władze sowieckiego N.K.W.D.”
Mama nie daje za wygraną, poirytowanym głosem żąda zwrotu zegarka. Wreszcie oficer sowiecki „znalazł” zegarek w zupełnie innym miejscu. Po prostu wyjął zegarek z kieszeni.
Splądrowali całe mieszkanie, otwierali szafy, szuflady, patrzeli w łóżkach i pod łóżkami.
Po rewizji „czarny pelikan” nakazał mamie pakować niezbędne rzeczy, powiedział:
-Pojedziecie pod Kijów do kurortu, do męża. On tam na was czeka w przygotowanym mieszkaniu.
Następnie zapytał:
-Gdzie wasza córka?
-Wyjechała.
-Kto wy?- zapytał mnie pelikan.
-Jestem Piotrkowska- powiedziałam.
-Gdzie pracujecie?
Wyjęłam zaświadczenie pracy i okazałam.
„Czarny Pelikan” przywołał stróżową Józefową, zapytał:
-Kto ona?
-Piotrowska- powiedziała stróżowa.
-Czy to córka tej starej?- zapytał
Oczyma daję znak Józefowej, by powiedziała „nie”.
Józefowa toczy ze sobą walkę, ściszonym głosem powiedziała:
-Tak.
Na to „czarny pelikan”:
-Dawaj, pojedziesz również do kurortu.
-Ja nie chcę jechać! Czekam na powrót męża. Jest w niewoli niemieckiej- powiedziałam.
-Niczewo. Napiszesz podanie do marszałka Woroszyłowa, mąż zostanie z niewoli zwolniony i przyślą go tobie.
Z miejsca przystapiłam do pakowania. Pod wpływem zdenerwowania rozbolał mnie żołądek. Chcę pójść do ustępu, ale „czarny pelikan” nie pozwala. Po gwałtownym naleganiu i zagrożeniu, wyraził zgodę, ale dał mi asystę żołnierza N.K.W.D. z karabinem. Siedzę na klozecie, a obok mnie stoi żołnierz z karabinem w ręku i pilnuje.
Mama podeszła do kredensu, aby zażyć waleriany. Żołnierz wydarł mamie lekarstwo, a kiedy podeszła do okna, stoi przy mamie i trzyma bagnet przy jej piersi.
Milicjant Polak, pomógł mi spakować rzeczy. Jemu zawdzięczam szereg cennych przedmiotów, których nigdy bym nie zapakowała. „Czarny pelikan” chodzi po mieszkaniu i spisuje meble, po czym każdy pokój z osobna plombuje.
Pani Łodyńska przywiozła nam gorącego mleka, przyszedł wuj Alojzy, by pożegnac nas. Żołnierz N.K.W.D. nakazał mu siadać.
Wuj siedzi, jest blady, mówi:
-Na pewno zabiorą mnie razem z wami.
Na dworze świta. Pod kamienicę zajechał ciężarowy samochód. Powrócił „pelikan” i pozwolił wujowi na pożegnanie nas. Wuj wpierw pożegnał mamę, a następnie mnie.
Płakałam, powiedziałam:
-Wuju, powiedz Mietkowi, że cokolwiek mnie spotka, zawsze będę go kochać. Dołożę wszelkich starań, by to wszystko przetrwać. O mamę bądź spokojny, otaczać ją będę opieką i nie opuszczę jej.
Płakaliśmy wszyscy, płakała pani Łodyńska, płakał wuj, płakała mama i płakałam ja.
Wuj i pani Łodyńska odeszli. Żołnierze wzięli nasz bagaż. Inni, pod karabinami najeżonymi bagnetami, wyprowadzili nas z naszego domu, w którym mieszkałam od urodzenia.


Wygnano nas z domu. We wszystkich mieszkaniach odchylano drzwi, żegnali nas ze łzami w oczach nasi lokatorzy.
Na ulicy, wokół ciężarówki, biegał wuj Eli, z rozpaczy rwał sobie z głowy siwe włosy, a z okien spoglądały na nas wystraszone twarze, zroszone łzami.
Wsadzili nas na ciężarówkę. Stanęłam i zrobiłam znak krzyża nad tymi, którzy nas żegnali, a oni błogosławili nas.
Ciężarówka ruszyła. Raz jeszcze rzuciłam okiem na naszą kamienicę, pragnęłam jak najdłużej zachować jej obraz w pamięci. Nagle ciężarówka stanęła pod numerem 6-tym. Z kamienicy wyprowadzili Baboniową i załadowali na ciężarówkę.
Ośmiu, po zęby uzbrojonych rabotników N.K.W.D. transportuje trzy bezbronne niewiasty.

niedziela, 27 lutego 2011

Ekonomia po sowiecku.

 10 lutego, pod wieczór, przybiegła do naszej kamienicy młoda dziewczyna. Powiadomiła, że na stacji kolejowej Podzamcze stoją zamknięte wagony, z których proszono, aby uwiadomić Gołąba 6 i 12. Doszłyśmy do przekonania, że chodzi o mamę i panią Baboniową.
„Widocznie wywożą ojca i pułkownika dr Babonia”- pomyślałam leżąc w łóżku przeziębiona.
Mama zabrała żywność, narzuciła na siebie futro ojca i z panią Baboniową poszła na Podzamcze. Przebiegły liczne tory kolejowe, pokryte zwałami śniegu, wreszcie odnalazły długi pociąg towarowy z wystającymi rurami-kominami. Przed wagonami chodzili strażnicy odziani w kożuchy. Mama i pani Baboniowa wołały swych mężów po imieniu. Z wagonów odpowiedziano:
-Wywożą nas przymusowo. Jesteśmy leśnikami i gajowymi.
Mama z panią Baboniową przebiegły wszystkie tory kolejowe, ale wagonu z więźniami nie odnalazły.

11 lutego przyjechała z Dunajowa służąca cioci Mani. Powiadomiła nas, że inżyniera Kostkiewicza, wraz z rodziną, wywieziono, prawdopodobnie do Rosji i że wujostwo zabrali ze sobą wszelką odzież. Najbardziej rozpaczał dziesięcioletni syn Jędrek. W żaden sposób nie chciał opuścić nadleśnictwa.

Lwów, mimo ciężkich chwil, zdradza coraz to nowe dowcipy na temat Sowietów. Ostatnio obiegła Lwów wieść, że delegacja gminy żydowskiej zaszła do głównego komisarza N.K.W.D., prosząc o zezwolenie na wysłanie telegramu z 50-ciu słów do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej o pomoc, ale komisarz odmówił. Wówczas delegacja zredukowała treść telegramu do 25 słów, komisarz również odmówił. Po porozumieniu delegaci obniżyli telegram do 5 słów i tym razem komisarz odmówił. W końcu prosili o jedno słowo. Komisarz po głębokim namyśle doszedł do przekonania, że w jednym słowie nie będą mogli oddać grozy położenia, więc wyraził zgodę na wysłanie telegramu, zawierającego jedno słowo i Żydzi zatelegrafowali do Ameryki: „gewałt”.

Z Przemyślan doszła mnie wiadomość o tragicznej śmierci Jasia Zimmermanna. U rodziców Jasia była na stancji uczennica gimnazjum Zosia Gonetówna, córka leśniczego. 10 lutego przybyło do dr Zimmermanna dwóch uzbrojonych milicjantów i zapytali o Zosię. Oświadczyli, że wzywają ją rodzice, aby natychmiast powróciła do domu, przy czym okazali pismo ojca. Zosia spakowała rzeczy i pojechała z milicjantami.
Dr Zimmermann poprosił syna Jasia, by założył narty i pobiegł za milicjantami i stwierdził, czy milicjanci istotnie odwożą Zosię do ojca na leśniczówkę. Tymczasem sanna z milicjantami nie podążyła ku leśniczówce, tylko na stację kolejową Kurowice.
Jasiu pobiegł na nartach do leśniczówki, aby powiadomić rodziców Zosi o tym, co zaszło.
Na leśniczówce Jasiu nie zastał rodziców Zosi, tylko milicjantów Ukraińców, plądrujących dobytek leśniczego. Gdy milicjanci zauważyli Jasia, chcieli go pojmać, ale Jasiu począł uciekać, wówczas milicjanci do niego strzelali. Ugodzili go od tyłu w śledzionę. Jasiu dobył resztę sił, by dobrnąć do Przemyślan, ale nadmierny upływ krwi osłabił go, przykucnął w lesie i zamarzł na śmierć. Rozpacz rodziców nie ma granic.

Po wywiezieniu leśniczych i gajowych, wraz z rodzinami, we Lwowie powstał popłoch. Ludzie masowo, za bezcen, sprzedają dobytek, zamieniają na czarnym rynku ruble na dolary i uchodzą pod okupację niemiecką.
Krysakowska, mimo, że ma nieletniego syna w więzieniu, poszła przez zieloną granicę pod okupację niemiecką. Dałam jej pieniądze, aby zakupiła ciepłą odzież i posłała Mietkowi.

Ze Lwowa odjechała ostatnia partia „volksdeutcherów” do Niemiec. Za pośrednictwem braci Mietka wręczyłam pewnej rodzinie obszerny list do Mietka, w którym objaśniłam przyczynę nieobecności ojca i opisałam stosunki pod okupacją sowiecką.

Pod koniec lutego zahaczyłam o pracę w znacjonalizowanych ogrodach na Zamarstynowie. Obowiązuje 8-mio godzinny dzień pracy, a co szósty dzień mamy „wyhodnoj”, czyli dzień wolny od zajęć. Zarobek uzależniony jest od rodzaju pracy, wynosi przeciętnie 3 ruble dziennie. Pracowników podzielono na zespoły. Sześć osób stanowi zespół i na zespół obliczono zarobek. Na czele zespołu stał dozorca, a nad dozorcami planownik i do niego należała kalkulacja wydajności pracy. Prócz tego istniała administracja, a na czele ogrodów stało dwóch dyrektorów. Ogrody są niewielkie. Dawniej całą administrację stanowił właściciel. Brał czynny udział w pracy i dbał, by wydajność nadążała za zapotrzebowaniem rynku. Dzisiaj z ogrodów tych żyje 10-ciu nierobów, pobierają wyższe wynagrodzenie od pracujących.
W naszym artelu ogrodniczym pracują przeważnie wywłaszczeni ziemianie i oficerowie rezerwy, żyjący na fałszywych papierach. Pracę traktujemy jako cel do osiągnięcia paszportów i ochrony przed uwięzieniem.
Z oszklonych inspektów usuwamy śnieg i nawozimy ogród nawozem.
Dojazdy do pracy uciążliwe. Mam do pokonania przesiadkę pod kawiarnią Wiedeńską. Dojazdy kosztują 40 kopiejek dziennie, a na życie pozostają 2 ruble i 60 kopiejek, za który to zarobek, po 134 dniach pracy, będę mogła nabyć kilogram słoniny.

2 marca. Mama poszła do Brygidek, by podać ojcu posyłkę. Nie przyjęli. Oświadczyli, że ojca w Brygidkach nie ma.
Zaczęłyśmy od nowa poszukiwania, ale bez skutku. Ktoś doradził nam, aby odczekać do następnego miesiąca i spróbować raz jeszcze, bowiem często zabierają więźniów do głównego N.K.W.D. na specjalne śledztwo.

Brat cioteczny Staszek przyniósł wiadomość o zakładaniu sklepów bakaliowych, w których będą sprzedawać owoce południowe. Owoce południowe rosły w ciepłych krajach, a we Lwowie w sklepach tych sprzedawano od czasu do czasu porcje chleba.

W pierwszych dniach marca, do naszej znacjonalizowanej kamienicy, przybyła jakaś komisja, kilku Żydów i Polak. Polak, do wojny, był znanym złodziejem. Komisja przeprowadziła pomiar mieszkań i ustaliła czynsz. Mamie wyznaczono czynsz po 8 rubli od metra kwadratowego, mnie zaś, jako „czornoj roboczy” po kilka kopiejek.
Kościołom również wymierzono czynsz dzierżawny po 8 rubli od metra kwadratowego. Haraczem tym zmierzają do zawładnięcia kościołów i zamiany tychże na kluby partyjne i sale do tańca, jak to uczynili z kościołami garnizonowymi.

W połowie marca otrzymałam od Mietka obszerny list. Był odpowiedzią na mój list wysłany za pośrednictwem owych „volksdeutcherów”. Mietek pisze:
„Nareszcie wiem, co z ojcem. Los ojca przeraża mnie. Nie wrócę do Lwowa, choćby mnie zwolnili z niewoli, bo nie widzę możliwości pracy dla siebie”.

Na ulicach Lwowa coraz częściej łapanki. Ludzie masowo giną z ulic w biały dzień.
Dawnego rębacza drzewa- Polaka- zamianowano „upraw domu”. Łazi po mieszkaniach i wydaje polecenia. Mnie i mamie nakazał oczyszczenie jezdni z lodu i błota. Współczesny burżuj komunistyczny pali papierosy i dozoruje nas, a na jego kwadratowej twarzy igra ironiczny uśmieszek.
Ze Lwowa zrobiono budę jarmarczną. Na załamaniach ulic wmontowano głosniki radiowe. Od rana do wieczora ryczą: „Moskwa moja”.

Codziennie wieczorem lokatorzy są obowiązani uczęszczać na mittingi. Do kamienicy przychodzi politruk, zwołuje wszystkich lokatorów kamienicy, przelicza i pyta stróżową, czy wszyscy, po czym zaczyna mitting. Wpierw okadza Stalina, po czym oświeca nas „ciemna masę polską” o dobroci stalinowskiej konstytucji i zobowiązuje nas do kupna egzemlarza konstytucji. Zapowiedział egzaminy oraz co czeka opornych.

2 kwietnia 1940. Mama od północy stoi pod Brygidkami, by podać ojcu posyłkę. Powróciła późno wieczorem. Przyjęli tylko bieliznę. Nazajutrz poszła sprawdzić pokwitowanie. Widziała podpis ojca. Podziękowałyśmy Bogu za łaskę w nieszczęściu.

czwartek, 24 lutego 2011

Posyłka dla ojca.

Nazajutrz  rano, o godzinie 7-mej, poszłam pod więzienie Brygidki. Zastałam długi ogonek niewiast. Trzymały jakieś zawiniątka, a były to posyłki dla najbliższych.
O godzinie 9-tej wpuszczono mnie do poczekalni. Wyszedł podoficer N.K.W.D. i odebrał karteczki od tych, którzy pragnęli podać posyłki. Przystąpiłam do niego, zapytałam:
-Kiedy można podać posyłkę na literę W?
Popatrzał do notesu, powiedział:
-31 grudnia.
Od przygodnych znajomych osiągnęłam informację, że dla niektórych więźniów przyjmują odzież i żywność, a dla niektórych tylko odzież. Dla wielu w ogóle nic nie przyjmują.
Wstąpiłam do kościoła Ojców Bernardynów, w którym ojciec często zanosił modły i prosiłam Stwórcę, aby dla ojca mego przyjęli żywność i odzież.
W niedzielę 17 grudnia zaprosiła nas moja teściowa. Mieszkają przy własnej willi przy ulicy Pełczyńskiej, której dotąd nie znacjonalizowano. Jeden pokój wynajął ojczym Mietka jakiemuś bolszewikowi, prawdopodobnie pracuje w N.K.W.D, ponieważ nocą wychodzi z domu, a wraca dopiero nad ranem. Teściowa opowiadała nam, że ich sublokator sprowadził się w nędznym płaszczu z drewnianą, obdrapaną walizką. Obecnie chodzi w futrze. W pokoju jego stoją walizki skórzane i fibrowe, a podłogę zaścielił dywanem.
-Proszę wyobrazić sobie, mój mąż, który zawsze miał służącego, dzisiaj jest służącym tego bolszewika. Napuszcza mu wody do wanny, na dzwonek zmienia wodę, w ogóle obsługuje go. Męża ponosi, gdy ten bolszewik co niedzielę urządza pijatykę. Sprowadza dziewczęta, piją wódkę, a bolszewik gra im na gitarze i śpiewa.
Nad nami słychać gwałtowne kroki inżyniera. Teściowa mówi:
-Słyszycie, jak ten człowiek chodzi, on jeszcze szału dostanie.
Zjadłyśmy porządnie, a kiedy szarzało, podziękowałyśmy za gościnę. Gdy byłyśmy w progu, zbiegł ojczym Mietka i wręczył mamie plik papierów, powiedział:
-Niech pani będzie tak uprzejma, zabierze to do siebie i przechowa. Jeśli przepadną, to nic nie szkodzi.
Ten plik papierów ukryła mama w domu, w łazience pod wanną.


Nasze zapasy żywnościowe są na wyczerpaniu. Codziennie od godziny 6-tej rano, staję w ogonkach za chlebem. Do Lwowa dochodzi nikła ilość produktów wiejskich. Pieniądz nie przedstawia wartości, a towarów w ogóle nie ma, wywieźli je Rosjanie do Rosji.
Sytuacja aprowizacyjna coraz trudniejsza, przed piekarniami stoją kilometrowe ogonki. Stanowią obraz codziennego życia Lwowian.
Mieszkanie nasze bez szyb, zimno. Siedzimy w futrach i śniegowcach. Kiedy zmarznę do szpiku kości, kupuję bilet do pierwszego z brzegu kina, bo tam ciepło. Przed oczyma migają mi obrazy sowieckich kołchozów. Nie interesują mnie, pragnę tylko ciepła.
Mama chodzi po znajomych. Skupuje tłuszcz i suszy chleb. To wszystko przygotowuje dla ojca.
Nadchodzą święta Bożego Narodzenia. Poszłam do Polskiego Czerwonego Krzyża i napisałam do Mietka kilka kartek po 25 słów.

23 grudnia. Wigilia wypada w niedzielę. Katolicy w tym roku obchodzą wigilię jeden dzień wcześniej.
W domu nie mamy opału. Brakuje chleba, a mieszkanie świeci pustką, bo nie ma ukochanego ojca. Zapewne leży na gołej podłodze, bez okrycia, stłoczony wśród takich samych nieszczęśliwców, jak on.
Do mieszkania gwiazdka z nieba nie zagląda, gdyż okna są zabite deskami, a w mieszkaniu pranuje półmrok.

O godzinie 4-tej po południu poszłyśmy pod więzienie Brygidki. Stanęłyśmy naprzeciw bramy wjazdowej, oczekując pierwszej gwiazdy na popielatym sklepieniu niebios.
Powoli zapada zmrok, a okratowane okna cel więziennych zamajaczyły światłami elektrycznymi.
Panuje siarczysty mróz, skrzypi pod stopami, pada śnieg, a z ust, przy oddechu, uchodzą kłęby pary. Wpatrzone w sklepienie niebios, szukałyśmy pierwszej gwiazdy, zwiastuna wigilii. A gdy ujrzałyśmy, usta nasze szeptały modły i wchłaniały płatki opadającego śniegu- tę boską wieczerzę.
Karetki więzienne uganiają się, zapewne zwożą nowe ofiary.

24 grudnia, w samo południe, Lwów obiegła wiadomość, że Sowieci zlikwidowali pieniądz polski. Żaden bank nie wymienia złotych polskich, a my posiadamy tylko banknoty polskie. Spadł na nas nowy cios.
Wieczorem poszłyśmy do mojej teściowej. Urządziła dla nas wieczerzę wigilijną, zwykłą, codzienną kolację. Nie było łamania opłatkiem, ani życzeń.
Pod koniec wieczerzy teściowa wydobyła kartkę od Mietka, pisze: „postaram się nigdy nie zapomnieć, że w tych tragicznych dniach, znalazła mama w swym sercu miejsce dla mojej Ewuni”.

W okresie świąt Bożego Narodzenia sprzedałam akumulator, a mama wymieniła garderobę na żywność, by skompletować posyłkę dla ojca.
Po Bożym Narodzeniu teściowa zaproponowała mi, abym zamieszkała u niej. Odmówiłam. Nie mogę pozostawić biednej, stroskanej i skołatanej mamy.
Chodzę po ogonkach, by zaopatrzyć dom w chleb i zdobyć nieco prowiantów dla ojca.
  
2 stycznia 1940, o godzinie 3-ciej nad ranem, stałyśmy pod murami więzienia Brygidki. Przed bramą, wiodącą do kancelarii więziennej, zastałyśmy długi ogonek skulonych postaci. Ogonek utworzono jeszcze wczoraj przed godziną 10-tą.
Niebo pokryte roziskrzonymi gwiazdami, mróz dochodzi do minus 28 stopni. Rozłożyłam ojca składane krzesło myśliwskie, siedzimy na przemian i pilnujemy zajętego miejsca.

Godziny płyną leniwie. Nikt nie rozmawia, jedynie białe opary oddechów, gęstymi smugami, uchodzą ku murom więziennym.
O 8-mej rano wpuszczono nas do poczekalni. Pod wływem ciepła, powoli przychodzimy do siebie.
Czekamy na podoficera N.K.W.D., by zabrał od nas karteczki, na których wypisałyśmy personalia więźnia oraz swe nazwisko i adres.
O godzinie 10-tej odebrał od nas ów podoficer karteczki i odszedł.
Mija godzina za godziną, czekamy na postanowienie, dla kogo przyjmą posyłki.
Szarzało, dochodziła godzina 4-ta po południu. Wszedł podoficer peredaczny i odczytał kilka nazwisk więźniów.
Na ponad 200 petentek padło zaledwie 20-ścia nazwisk: generała Andersa, generała Bałabana, Komendanta Policji, mego ojca i innych.
W poczekalni powstał płacz. Jedne płakały z radości, zdrugie z żalu. Po odczytaniu przyjmowano posyłki, wraz ze spisem, co posyłka zawiera. Dopiero o godzinie 8-mej wieczorem dopełniłyśmy formalności.
-Jutro o godzinie 5-tej po południu przyjdźcie po pokwitowanie- powiedzaił podoficer.
Nazajutrz poszłyśmy po pokwitowanie. Po godzinie wyczekiwania enkawudysta odczytał nazwiska i z daleka pokazywał pokwitowanie. Niektórym część posyłki zwrócono, jako niedozwolonej.
-Wojakowski Franciszek Adamowicz- padło.
Mama podeszła, enkawudysta pokazuje pokwitowanie.
-Proszę podać mi do rąk, bo źle widzę- powiedziała mama.
Enkawudysta podał mamie karteczkę do rąk. Figurował autentyczny podpis ojca z dopiskiem „zdrów”.

W pierwszych dniach stycznia przybył do Lwowa dr Franciszek Zimmermann. Przywiózł mi mięso, owoce i jarzyny. Nadal pracuje i roentgenuje, z tą różnicą, że dodali mu do pomocy lekarza Żyda.
Dr Zimmermann poinformował mnie o zaistniałych zmianach w Przemyślanach. Ochronkę Towarzystwa Ochrony Młodzieży, prowadzoną przez zakonnice, przejęła Żydówka Lacher i zgodnie z programem prowadzi robotę ateistyczną. Ukraińcy i Żydzi podnieśli głowy, a ocaleli Polacy nie opuszczają domów.
W połowie stycznia nadeszła od Mietka kartka, pisana 2 stycznia 1940. Pisze:
„Dzisiaj mija 8 lat od naszego ślubu. Tych osiem lat, to najszczęśliwszy okres mego dotychczasowego życia”.
Kartę przytuliłam do serca i rozpamiętywałam ostatnie chwile przed naszą rozłąką.

Po Lwowie krąży wieść, kto do miesiąca marca nie uzyska pracy i paszportu, zostanie wywieziony do obozu przymusowej pracy.
Mieszkanie podzieliłyśmy na dwie części, by uniknąć rekwizycji.
2 lutego po raz drugi podałyśmy ojcu posyłkę. Tym razem odrzucili żywność. Peredaczny podoficer powiedział:
-W więzieniu jedzenia mają dość.

wtorek, 22 lutego 2011

Za to, że są Polakami.

Zaszłyśmy na ulicę Leona Sapiehy, do budynku, w którym dawniej urzędowała komenda Policji Państwowej. Tam w korytarzu zastałyśmy mnóstwo żon aresztowanych oficerów. Mają zaczerwienione oczy od płaczu. Przyszły interweniować w sprawie swych mężów.
Po długim wyczekiwaniu, wyszedł pulchny oficer N.K.W.D. Z uśmiechem na ustach,  zapytał, czego sobie życzymy? Poczęły mówić wszystkie razem, wysłuchał te najbliżej jego stojące. Oficer postał chwileczkę, powtarzał pod nosem „niczewo” i poszedł.
Po chwili nadeszli żołnierze z karabinami i poczęli kolbami karabinów wypychać z poczekalni bezbronne, zrozpaczone niewiasty.
Uchwyciłam mamę za rekę i stanęłyśmy za olbrzymim piecem kaflowym. Żołnierze nie zauważyli nas. Po kilku minutach z kancelarii wyszedł ów oficer N.K.W.D., podeszłyśmy do niego i zapytałyśmy o ojca. Oficer wysłuchał nas, powiedział:
-Będzie w Brygidkach, albo na Zamarstynowie.
Ciemno było, gdy powróciłyśmy do domu, głodne, zmarznięte. Poza filiżanką kawy, niczego nie miałyśmy w ustach.
Wieczorem odwiedziła nas moja teściowa. Płakałyśmy nad tym okrutnym losem, jaki dotknął mego szlachetnego ojca.
W pokoju ojca niczego nie tknęłyśmy, zostawiłyśmy wszystko tak, jak on pozostawił. Nawet łóżka nie ruszyłyśmy. Gdy przechodziłyśmy przez pokój ojca, płakałyśmy.

11 grudnia poszłam do Krysakowskiej, której małoletniego syna osadzono w więzieniu na Zamarstynowie, by poznać sowiecką procedurę, w jaki sposób wszcząć poszukiwania za ojcem, aby podać ciepłą odzież i żywność oraz wszcząć kroki celem wydobycia ojca z więzienia.
Krysakowska doradziła, aby pójść na Zamarstynów. Ostrzegła, iż są tam długie kolejki i że trzeba będzie tam pójść wielokrotnie, by wystać kolejkę i zdobyć informację.

12 grudnia, przed 3-cią w nocy, stanęłyśmy przed bramą więzienia zamarstynowskiego. Więzienie rzęsiście oświetlone. U żelaznej bramy stał na warcie żołnierz N.K.W.D. z karabinem najeżonym bagnetem. Śnieg sypał obficie, mróz skrzypiał pod stopami, a zadymka dęła w oczy.
Pod bramę więzienną zajechał samochód ciężarowy, dał trzy krótkie sygnały. Wartownik podszedł do szofera, zajrzał do środka, zamienił z nim kilka słów, po czym otworzył bramę.
Ciężarówka wolno wjeżdża przed bramę. Skorzystałam z okazji, idąc za ciężarówką, zaszłam na dziedziniec wewnętrzny.

Weszłam do budynku, położonego z prawej strony, przeszłam długi korytarz, poszukując kancelarii. Na korytarzu słychać stuk skłóconych maszyn do pisania i posuwanych wałków. Praca wre, jak w ulu, noc jest zaprzeczeniem odpoczynku. Przez korytarz przechodzą umundurowani enkawudyści z aktami. Nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi.
Zapytałam po polsku:
-Czy tu osadzono mego ojca?
Enkawudysta gwałtownie wstał i zapytał, jak tu weszłam? Wybiegłdo wartownika i coś rozmawiali, a następnie wyrzucili mnie poza bramę.
Około godziny 6-tej, w pierwszym budynku, poczęły gasnąć światła. „Rabotnicy” N.K.W.D. zakończyli nocną pracę. Większośc enkawudystów była w cywilu, w długich butach, czarnych płaszczach i czarnych czapkach z długimi, szerokimi daszkami podniesionymi w górę. Tuż za nimi wyszły urzędniczki, ubrane w nędzne płaszcze i czerwone berety.
Godzina 8-ma rano. Jesteśmy zziębnięte. Do kancelarii więziennej wpuszczono 20-ścia petentek, choć czekało ponad 200-ście. Odeszłyśmy, by jutro od nowa próbować szczęścia.
Nazajutrz pod więzienie poszłyśmy wieczorem, byłyśmy wśród pierwszej 20-stki petentek.
W kancelarii wypisałam nazwisko i dane poszukiwanej osoby i podałam dyżurnemu.
Twarze petentek noszą ślady płaczu. Stoją zadumane i nic nie mówią. W poczekalni nie ma nawet ławki, by przemęczone nogi mogły odpocząć.
Około godziny 12-stej w południe dyżurny odczytał nazwiska tych petentek, których mężowie siedzą na Zamarstynowie.
Nazwisko ojca nie padło. Wyszłyśmy bez słowa. Będąc na ulicy, mama zapytała:
-Cóż teraz robić?
-Jutro idziemy pod Brygidki i tam zapytamy o ojca.
Idziemy zmartwione, wszystko wiruje mi przed oczyma, nawet nie odczuwam mrozu.
W domu zjadłyśmy po kawałku chleba i wypiłyśmy kawę.

Około południa otrzymałam list od Mietka, był pełen serdeczności i czułości. Pisze, że jest o mnie zupełnie spokojny, bowiem znalazłam dach i opiekę pod opiekuńczymi skrzydłami dobrego i zacnego ojca. Boże, jakie okrutne zaszły zmiany, ojciec popadł w szpony N.K.W.D.
Usiadłam i zaraz odpisałam Mietkowi, informując go oględnie o tym, co spotkało ojca.

O godzinie 2-giej w nocy wyszłyśmy z domu, by zająć miejsce w ogonku przed więzieniem Brygidki.
Mróz skrzypi pod stopami, ulice opustoszałe, jedynie przed gmachami rządowymi chodzą wartownicy w walonkach i krótkich kożuchach. Więzienie Brygidki tonie w świetle. Pod murami okolenia więziennego chodzą straże, palą papierosy z machorki skręcone w gazecie.
Podchodzę ku wartownikowi, by zapytać, gdzie kancelaria więzienna? Strażnik sierował w moją stronę karabin, krzyknął: „stój”! Stanęłam, mówię, ale on nakazał mi przejść na drugą stronę ulicy.
Obchodzimy mury więzienne. Więzienie oświetlone, słychać stuk maszyn do pisania i głośne rozmowy. Od ulicy Kazimierzowskiej co chwila otwierają bramę i wyjeżdża dziwny wóz bez okien, jedynie z tyłu istnieją dwa podłużne, okratowane otwory, zza których widać twarze żołnierzy N.K.W.D. Około godziny 4-tej nad ranem, wyjechało z więzienia kilka ciężarówek okrytych brezentem.
Stanęłam z mamą naprzeciw bramy i czekam, aż będą wjeżdżać jakieś samochody ciężarowe. Poszłyśmy pod kancelarię więzienną. Próbowałam różnych sposobów, by wejść do kancelarii, ale daremnie. I tak stałyśmy pod więzieniem cały dzień, do późnego wieczoru i nic nie wskórały.

U sąsiadów, państwa Łodyńskich, zastałyśmy pakunek. Przyniosła go moja teściowa. Było trochę masła, kawałek mięsa końskiego i kilogram chleba. Nazajutrz znowu przyszła teściowa, wręczyła mi 200 rubli i prowianty, a brat przyrodni Mietka zaopatrywał nas w węgiel.

Następnego dnia obeszłyśmy znajomych, zasięgając rady, w jaki by sposób zdobyć wieści o ojcu.
Pod wieczór, u wylotu ulicy Piekarskiej, w pobliżu dawnego hotelu Krakowskiego, spotkałam Marylę Krysakowską. Wracała od naczelnego prokuratora. Interweniowała w sprawie nieletniego syna, osadzonego w więzieniu. Doradziła, abym poszła do prokuratora i u niego zasięgnęła wiadomości o losie ojca.

15 grudnia, przed godziną 8-mą rano, poszłam do naczelnego prokuratora. W korytarzu na parterze, zastałam mnóstwo niewiast, oczekujących na przyjęcie u prokuratora.
Prokurator urzędował na I piętrze. Drogę do prokuratora zagradzał wartownik z karabinem i w czapie z „cyckiem”. Żołnierz wpuścił wyznaczoną ilość petentek, a pozostałym radził przyjść jutro.
Stanęłam obok poręczy wiodącej na piętro. Na środku schodów stał wartownik zagradzając drogę. W pewnym momencie wartownik odwrócił głowę ku schodzącemu oficerowi z piętra, więc skorzystałam z okazji, wbiegłam na schody i nie zwracając uwagi na wołanie „stój”, zdążyłam wbiec na korytarz.
Myśli biegną,jak iskierki fal elektrycznych. Co tu robić? Bezwiednie weszłam do ustępu i tam przesiedziałam pół godziny.
Z ustępu wyszłam na długi korytarz. Pod jednymi drzwiami zauważyłam grupkę niewiast. Były to Polki, czekały na posłuchanie u prokuratora. Czekają tu od godziny, ale nikt dotąd nie wyszedł. Po upływie dalszej godziny wyszła jasna blondynka, sekretarka. Obwieściła, że prokurator dzisiaj nikogo nie przyjmie, ale na jutro ma kilka numerków i ci, którzy otrzymają numerki, zostaną jutro przyjęci przez prokuratora.
Sekretarka uniosła jeden numerek w górę z zamiarem pokazania. Bez namysłu wyrwałam jej z ręki numerek i uciekłam.
Widziałam przerażenie sekretarki i petentek, ale cóż mnie to obchodzi? Zbiegłam ze schodów, minęłam wartownika i pospiesznie podążyłam do domu, by natchnąć mamę iskierką nadziei.

15 grudnia wstałyśmy przed godziną 6-ta rano. Mama odgrzała wczorajszą zupę, zjadłyśmy, bo kto wie, kiedy powrócimy do domu?
Przed godziną 8-mą byłyśmy w Hotelu Krakowskim, zmienionym na sąd.
Korytarz zatłoczony niewiastami. Podeszłam z mamą do wartownika. Mama okazała numerek, który wczoraj zdobyłam. Wartownik wpuścił mamę, mnie zaś odtrącił. Wyjaśnienia nie pomogły. Pozostałam na parterze, a mama poszła na I piętro, do naczelnego prokuratora.
Na parterze, wśród czekających Polek, krążą wieści, że o godzinie 10-tej, sądzić będą nieletnich chłopców za kontrrewolucję. Zrozpaczone matki czekają w korytarzu, by ujrzeć swych synów.
Około godziny 10-tej, pod eskortą, zajechały przed sąd dwa samochody więzienne z chłopcami. Z drogi usunięto ludzi i rozstawiono wartowników. Pojedynczo wypuszczali z kibitek małoletnich chłopców, których zaraz otaczali żołnierze N.K.W.D. i pod strażą poprowadzono ich na salę rozpraw.
Przestępcami byli chłopcy w wieku od 12 do 18 lat. Twarze ich ziemiste, blade, oczy zapadnięte, ponure. Głowy krótko ostrzyżone, ubrania wymięte, a buciki zlatywały z nóg, bo były bez sznurowadeł.
Matki, na widok synów, wybuchały głośnym płaczem, z resztą wszyscy płakali. Chłopcy szli odważnie, uśmiechnięci, a ten w mundurku harcerskim wysoko uniósł rękę, zawołał:
-Mamo! Niech żyje Polska!
Drzwi sali rozpraw zamknięto i ogłoszono rozprawę tajną.

Około godziny 1-szej wróciła mama od prokuratora. Idziemy do domu. Mróz nieco zelżał, ale prószy lepki śnieg. Po drodze mama powtórzyła mi wizytę u prokuratora:
-Prokurator oświadczył, że w tej chwili nie może nic powiedzieć, ponieważ sprawa jest w rękach organów śledczych. Dopiero po wyroku będę mogła zobaczyć ojca. Wspomniał, że ojciec przebywa w Brygidkach. Doradzał, aby podać ojcu posyłki, ale trzeba stwierdzić, kiedy przyjmują dla więźniów na literę W.
-Cóż ojciec takiego zrobił, aby nad nim roztaczano śledztwo?
-Widzisz, moje dziecko kochane. Oni osadzili w więzieniu lekarzy i nawet podoficerów, chyba za to, że są Polakami- powiedziała mama.